Archiwa kategorii: życie

Life update.

Słyszycie to? Tę ciszę? To mój blog. Milczy. A wiecie dlaczego? (Podchwytliwe pytanie – niektórzy wiedzą, cała reszta nie…) Powiem Wam.

Jakiś czas temu wspominałam o zbliżającej się przeprowadzce. Wraz z nowym miejscem pracy (połączonym ze szkołą, bo w moim wieku przydałoby się mieć już jakiś zawód w ręce – licencjat to w końcu niezbyt przydatny papierek, jak okazuje się w dorosłym życiu) miałam opuścić mojego Niemca, zabrać kota i zamieszkać sama, a przy okazji prowadzić związek na odległość. Taki był ten niezbyt miły plan. Ostatecznie na samą myśl o szukaniu mieszkania dostałam rozstroju nerwowego i stwierdziłam, że pieprzę to i się nie przeprowadzam. Po raz kolejny w życiu postawiłam wszystko na jedną kartę – uparłam się, że zdam prawo jazdy. I będę do mojej przyszłej pracy dojeżdżać.

Zapewne wiecie, że planowanie zdania tego przeklętego egzaminu w określonym terminie to domena ludzi naiwnych i chorych psychicznie. Ja się zaliczam do tej drugiej kategorii. Gdyby mi się nie udało, musiałabym dojeżdżać codziennie dwie i pół godziny w jedną stronę, a przy odrobinie szczęścia (jeśli trafi mi się miejsce niedaleko) – półtorej z równie beznadziejnym połączeniem środków komunikacji publicznej. Niemniej postanowiłam, że zostaję z moim Niemcem i już nic nie mogło tego zmienić.

W ostatnim czasie walczyłam zatem z pracą (mobbing i takie tam… w każdym razie miło nie było – na szczęście będę tam jeszcze tylko miesiąc pracować i w dodatku w innym miejscu, bez tych okropnych osób, które chcą wykończyć innych i siebie nawzajem, po mnie pojawiła się od razu nowa ofiara), stresem związanym z moimi szalonymi planami (halo, panie egzaminatorze, ja muszę zdać dzisiaj, bo inaczej życie mi się skomplikuje!) i w dodatku z pracą (znowu!), bo nie dają mi możliwości załatwienia ważnych rzeczy. O innych problemach nie wspominając… Pieniądze też odgrywały istotną rolę (przyszło rozliczenie za media w mieszkaniu i powiem tylko, że oni zdecydowanie coś tam bardzo źle obliczyli…), ale to już standard. Na bloga nie miałam czasu ani ochoty. Byłam bardzo skoncentrowana na doprowadzeniu mojego życia do stanu, w którym chciałam, by się znalazł.

I wiecie co?

Udało się.

Prawo jazdy zdałam, trzęsąc się za kierownicą (po zakończonym egzaminie trzęsłam się przez kolejne czterdzieści minut, bo nie mogłam się uspokoić – prawie się popłakałam) i tylko dzięki łasce egzaminatora, któremu jestem bardzo wdzięczna, że mnie nie oblał. Minęły prawie dwa tygodnie, a ja wciąż się boję, że następnym razem nie zdam, choć następnego razu już nie będzie. Zdałam! Moje prawo jazdy się produkuje! Tego samego dnia ruszyłam na poszukiwanie samochodu. Po tygodniu kupiłam Peugeota 207 (206 był moim marzeniem od dzieciństwa, ale nie miałam nic przeciwko innemu) i teraz oddycham z ulgą. Dopóki nie będę musiała sama usiąść za kierownicą – bez opieki ze strony kogoś, kto może nacisnąć hamulec w odpowiednim momencie. Boję się tego, ale wiem, że szybko mi przejdzie. Niedługo odbiorę moje cudo i będzie wspaniale.

A potem przestanę pracować w obecnym miejscu i będzie jeszcze lepiej. A następnie wyjadę na krótki urlop do Brukseli. A na początku września zaczyna się nowy rozdział w moim życiu (jeszcze wcześniej też zacznie się nowy etap – taki z ratami za samochód do spłacenia…).

No to już wiecie, czemu byłam taka milcząca. Nie wykluczam jednak, że ten stan się nie zmieni w najbliższym czasie. Odezwę się jednak raz za jakiś czas. Bo to nie wszystkie zmiany, jakie planuję…


Podobało się? Podziel się z innymi!
Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmailFacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmail

Przeprowadzka i myśli wokół niej.

przeprowadzka

Wielkimi krokami zbliża się ten dzień, gdy zamieszkam na swoim. Na całkiem swoim, gdzie mój Niemiec nie ma absolutnie nic do gadania – sam sobie winien, skoro postanowił zostać jeszcze przez rok w teatrze i się ze mną nie przeprowadzić. Zatem całe oszczędzanie, rozmyślanie nad meblami i poszukiwanie mieszkania jest na mojej głowie. I ta logistyka związana z późniejszymi spotkaniami. Gdzieś po drodze stresuje mnie prawo jazdy (za dwa tygodnie mam egzamin), wydaję dużo za dużo pieniędzy i o wiele za często spędzam czas na stronie Ikei w poszukiwaniu mebli idealnych (na rok).

Całe przedsięwzięcie życia na dwa mieszkania oddalone od siebie o sto kilometrów i dwie i pół godziny jazdy pociągiem mnie wykańcza. Musimy (tym razem oboje) podjąć mnóstwo decyzji: kto do kogo i kiedy? Kto co bierze i kto co zostawia? Obecna wersja brzmi – ja biorę wszystko, co chcę. Czyli lodówkę, całą kuchnię i pralkę. No i mój cudowny fotel, który wyżebrałam od jego rodziców. On za to może zatrzymać naszą sofę (bo ja koniecznie chcę w końcu normalne łóżko) i szafę (która i tak się rozpada, więc nie chcę jej już nigdy widzieć). No i swoje ukochane biurko, które tak właściwie to ja zorganizowałam, a on zaanektował tylko i wyłącznie dla siebie.

Uważacie to za niesprawiedliwe? To ma swoją logikę. On i tak bardzo rzadko bywa w mieszkaniu, w dni wolne będzie do mnie przyjeżdżał, więc na dobrą sprawę gotować nie musi (kupimy mu taką mini kuchenkę). Poza tym jada w teatrze. Teatr zaś kupuje nową lodówkę i starą mój Niemiec już sobie zarezerwował. Problem pojawia się przy kwestii pralki, ale ona i tak jest moja (dostałam od teścia w prezencie bożonarodzeniowym tuż po podpisaniu umowy najmu). Choć ostatnio w sklepie widziałam ładniejszą i rozważam jej zakup… Z drugiej jednak strony po co nam podwójne egzemplarze wszystkich sprzętów? Mój Niemiec twierdzi, że cokolwiek się zdarzy, za rok do mnie przyjedzie. Jeśli mu wszystko zabiorę, to szanse wzrastają jeszcze bardziej. Bo ja się naprawdę boję, że nasz związek nie przetrwa tej próby czasu, choć z drugiej strony ogromnie się cieszę na trochę więcej wolności. Tyle że tę wolność to ja mogę mieć w ciągu dnia, bo w nocy jest mi okropnie smutno i samotnie, gdy nie ma go w pobliżu (w piątek wyjeżdża na dziewięć dni, więc będę miała namiastkę tej „wolności”, choć tak naprawdę zniewolona wcale się nie czuję). Miri też go będzie brakować. Ona najbardziej lubi, gdy ma nas oboje, co tak rzadko się zdarza…

Ale za rok…

Za rok będzie inaczej. Będziemy mieć więcej czasu dla siebie. Ja nareszcie będę miała pracę, w której weekendy są wolne. Wprawdzie przez kolejne trzy lata będę zarabiała tyle, co kot napłakał (a teraz zarabiam naprawdę dobrze i zastanawiam się, czy to głupota z mojej strony rzucać dobrze płatną pracę, by uczyć się czegoś nowego, gdzie dopiero po tych trzech latach wrócę mniej więcej do mojej obecnej pensji…), muszę się z tego powodu zagłębić w tajniki związku na odległość i mocno zacisnąć pasa we wszystkich aspektach życia, ale minie ten rok i może nareszcie zaczniemy żyć ze sobą, a nie obok siebie. Bez teatru między nami.

Nie mogę się doczekać, ale tak bardzo się boję. Wszystkiego. Poszukiwania mieszkania, decyzji związanych z aspektami biurokratyczno-logistycznymi, o raz kolejny trwałości naszego związku… Nieważne, że cieszę się na kolejną przygodę mojego życia. Boję się. To ekscytujące i straszne. Czuję się trochę jak mała dziewczynka, która wyrywa się z domu rodzinnego i musi radzić sobie sama.

A przecież mam już to za sobą! Ach, ta strefa komfortu…


Podobało się? Podziel się z innymi!
Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmailFacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmail

TAG Na zdrowie!

zdrowy styl zycia

Kasia zaprosiła, ja grzecznie odpowiadam. Ale bez frustracji się nie obędzie. O tym jednak poniżej.

1. Od kiedy prowadzisz zdrowy styl życia?Postawmy sprawę jasno – nie ma czegoś takiego jak zdrowy styl życia. Do dziś nie zmieniłam zdania w tej kwestii. Może zdrowszy, ale na pewno nie zdrowy.

W każdym razie zaczęło się gdzieś na przełomie października i listopada 2012, gdy zaczęłam przestawać jeść mięso (ten proces trwał tak naprawdę dobre trzy miesiące). Potem poszłam do teatru, gdzie do zmiany diety dołączyła aktywność fizyczna i kontakt z osobą sfiksowaną na punkcie żywienia. I jakoś się to rozwinęło. Ale do naprawdę zdrowego etapu nie doszłam, bo nawet w niego nie wierzę. Zresztą ja też mam lepsze i gorsze dni, jeśli chodzi o zdrowy styl życia.

2. Co cię zmotywowało do zmiany?

Nieustanne bóle brzucha, które przekonały mnie do rezygnacji z mięsa w mojej diecie. A do ruchu – teatr. To tam przebiegłam swoje pierwsze dziesięć kilometrów, nawet o tym nie wiedząc (ja, która dostawałam zadyszki i umierałam, próbując zdążyć na autobus!), nabrałam kondycji i uświadomiłam sobie, że zdrowie wymaga trochę więcej niż rezygnacja z pewnych produktów spożywczych. Wciąż jestem zmotywowana, choć biorąc pod uwagę moje problemy zdrowotne, czasem wątpię. Dopóki nie czuję się jeszcze gorzej. Motywuje mnie zatem mój własny organizm.

3. Co zmieniło się po zmianie stylu życia na zdrowszy?

Więcej energii, mniej napadów depresji, jestem spokojniejsza, czuję się lżej i generalnie zdrowiej. W końcu o to w tym wszystkim chodzi. Ale są też ciemne strony – zapomniałam już, jak smakują ciasta i słodycze ze wszystkim, w restauracjach ciężko jest znaleźć coś do zjedzenia, a w kawiarniach to już w ogóle! Ciągle muszę iść na kompromis ze wszystkim i wszystkimi. A potem czuję, że oszukuję samą siebie.

4. Ulubiona aktywność fizyczna?

Joga. Bieganie. I pilates z Blogilates. A teraz powoli dostaję świra na punkcie baletu, więc gdy już odbiorę moją książkę z poczty, prawdopodobnie zajmę się i tym zagadnieniem. Kupiłam sobie nawet specjalne buty (też czekają na poczcie)! Myślę, że on się znajdzie w tej puli ulubieńców. Gdybym jednak z obecnych aktywności miała wybrać tylko jedną, byłaby to joga.

5. Jak często uprawiasz sport?

Staram się nie schodzić poniżej ośmiu razy w miesiącu, czyli średnio dwa razy na tydzień. Oczywiście bywa różnie. Dziś jest 16. marca, a ja ćwiczyłam zaledwie trzy razy. Przy czym jako trening liczę zarówno godzinę biegu, jak i dziesięć minut jogi. Dla mnie najważniejsze jest, że ruszyłam tyłek i coś zrobiłam. Moje ciało jest i z niewielkiej dawki zadowolone. Ja też.

6. Jakie są założenia twojej diety?

Że mam umrzeć z głodu. Takie przynajmniej mam czasem wrażenie.

W chwili obecnej nie jem mięsa (sporadycznie się zdarza, ale za każdym razem mówię sobie, że to ostatni raz, bo jestem później chora), od czasu do czasu jem ryby i owoce morza. Prawie nie jem owoców (za dużo cukru w diecie) i cukru. Choć przerzuciłam się na miód, ksylitol i cukier kokosowy w niewielkich ilościach. Z bólem serca staram się porzucić też czekoladę w każdej formie. Ogólnie prowadzę dietę rotacyjną od dwóch tygodni. Trochę to uciążliwe, bo produkty żywnościowe muszę dzielić na kategorie i z rzeczy danej kategorii nie częściej niż dwa dni pod rząd, a dany produkt (tyczy się to też przypraw, olejów i wszystkiego innego!) mogę spożywać raz na cztery dni (mogę rzadziej, ale nie częściej). Ten typ diety ma zminimalizować ryzyko alergii i poprawić jakość życia. No i stwierdzić, czego nie toleruję, bo przy takim rozstrzale czasowym łatwiej zauważyć, jaki produkt jest szkodliwy. Tyle z założeń. A może jednak nie. Bo nie wolno się obżerać (żeby system trawienny w ogóle miał szansę to wszystko strawić), przez co jestem niemal codziennie głodna. I przez to łamię zasady, wkurzam się na siebie, bo mam negatywne objawy, obiecuję sobie, że następnym razem będę grzeczna, a potem jestem głodna i… tak dalej, i tak dalej. Z racji, że niezbyt dobrze reaguję na większość zbóż, zostają mi warzywa. Zbyt sycące to nie jest…

7. Co najczęściej jesz na śniadanie?

Różnie (patrz wyżej). Wcześniej to były jakieś owsianki, kasze manny i inne polenty z rodzynkami i owocami, teraz to różne różności. Dziś np. miałam borówki z musem orzechowym, jutro będę miała kluski ziemniaczane (to mój ulubiony dzień! W dniu ziemniaczanym nigdy nie jestem głodna!), pojutrze prawdopodobnie jakieś placki czy inne muffinki z karobem (skończyła mi się mąka z ciecierzycy, więc muszę coś wymyślić), a po pojutrze… nie wiem, bo nie mogę patrzeć na quinoę (w założeniu powinnam ją zjeść z ksylitolem) i tak w ogóle to chyba jej nie trawię.

8. Ulubione zdrowe produkty?

Siedzę i myślę. Nie mogę nic wymyślić. Ostatnio jedzenie nie sprawia mi przyjemności. To pewnie dlatego.

Lubię kurkumę i imbir. Lubię awokado. Lubię owoce morwy. Lubię bataty. I wiele innych zdrowych rzeczy, których w tej chwili nie mogę (zbyt często bądź w ogóle) jeść.

Lubię pokrzywę. O. I roszponkę. I wszelakie tłuszcze.

9. Co w zdrowym stylu życia sprawia ci największy problem?

O tym ponarzekałam już wystarczająco przy okazji powyższych pytań.

10. Rada dla początkujących.

Nie daj się zwariować. Porzuć cukier i produkty wysoko przetworzone, a Twój organizm Ci powie, co robić dalej. Wsłuchaj się w siebie. I nie jedz cały czas tego samego. A poza tym rzuć w cholerę wszystko, co Cię stresuje. To zabija.

Przyznam się Wam, że spodziewałam się, że ten TAG będzie miał spokojniejszy wydźwięk. Pisałam go teraz drugi raz (za pierwszym razem komputer mi się wyłączył minutę przed publikacją, szukałam tylko jednego linku) i jakoś wcale nie zabrzmiało to mniej gorzko. Chyba jestem jedną z niewielu osób, które zdrowy tryb życia traktują jako swoistą walkę o własne zdrowie, ale zauważają też wady całego systemu. Wiele bym dała, by nie mieć problemów z trawieniem, ale najwidoczniej nie jest mi to pisane.

Mam ogromną ochotę na blok czekoladowy. Czyli dokładnie wszystko, czego jeść za żadne skarby nie powinnam.


Podobało się? Podziel się z innymi!
Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmailFacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmail