Archiwa kategorii: koty

Warszawa, prezenty i kulisy blogowania z kotem.


warszawa-kot-prezenty01

Bo wiecie. To nie jest tak, że jestem leniwa i dlatego rzadko bloguję. (Dobrze, to też…). Mam kota. A kot to takie stworzenie, które wlezie wszędzie, gdzie nie trzeba (a gdzie trzeba – nie wlezie). I tak oto próba zrobienia zdjęć zwykle skazana jest z góry na porażkę. Nie wspominając o naiwnych podejściach do uszycia czegokolwiek. Gdy Miri wsadziła mi pazury w kawałek jedwabiu, wolałam porzucić moje wielkie plany niż oglądać nadchodzącą katastrofę. Ale dzisiaj w ramach poparzenia palca uznałam, że się nie dam i pokażę Wam moje prezenty! Sami oceńcie, ile zdjęć mi się udało wykonać bez jej pomocy.

Tak naprawdę wszystko zaczęło się w zeszłym tygodniu – od dłuższego czasu miałam zaplanowany wyjazd do Warszawy, by spotkać się z przyjaciółkami sztuk pięć, które jakoś przypadkiem wszystkie tam były (tylko dwie z nich  tam mieszkają, więc trzeba było losowi dopomóc – w moim przypadku pomocą był ten paskudny pociąg Berlin-Warszawa-Express). I mimo że wizytę w Krakowie odwołałam z powodu tej nieszczęsnej alergii, a przy okazji przegapiłam egzamin na prawo jazdy, to z Warszawy rezygnować nie chciałam. I pojechałam już prawie zdrowa.

W piątek spotkałam się z Gią i Kasią. Ta pierwsza wręczyła mi zaległy prezent urodzinowy, a ta druga miała urodziny tego dnia. W ramach bukietu (bo prezent dotarł do niej pocztą) dostała kolbę kukurydzy, bo akurat nie sprzedawali słoneczników. Poznałyśmy wspaniałe koty Kasi i wypiłyśmy herbatę – od Kasi przy okazji dostałam tę, którą piłam, bo dla niej była zbyt imbirowa. Miri się najwidoczniej podobała (zobaczycie to na zdjęciach, oj, zobaczycie…).

Gia podarowała mi trochę kosmetyków Nuxe i wodę termalną, bransoletkę (skonfiskowała mi ją Mirabellchen, ale że łaskawie dała sobie zrobić zdjęcie, możecie podziwiać moją księżniczkę w kryształach Swarovskiego) oraz dwie książki: „Greccy bogowie według Percy’ego Jacksona” oraz „O chlebie”. Obie wymarzone.

Sobota była planowana niemal od miesięcy. Trzy muszkieterki chciały zrobić niespodziankę czwartej, która nie pojawiła się na poprzednim planowanym spotkaniu i ostatecznie się udało! Nawiedziłyśmy czwartą z nas w jej domu za Warszawą i każda dostała ręcznie robiony łapacz snów. Mój wisi na lampie, a Miri codziennie patrzy na niego smutnym wzrokiem, bo ona też chce, a moim się pobawić nie może, ponieważ nie dosięga.

W Warszawie nic nie kupiłam, choć miałam nadzieję, że przywiozę sobie coś fajnego (pomijając prezenty, rzecz jasna), a Wam pokażę moje zakupy. Tych niestety brak, bo borówkom i ananasowi zdjęcia przed zjedzeniem nie zrobiłam – tam by mi przynajmniej kot nie pomagał. Jednak nie tylko na fotografii udział Miri się kończy. W pisanie tekstu też nieustannie próbowała się angażować. W końcu jak ja śmiem robić coś bez niej!

Takie już jest życie z kotem.

I tak ją kocham.

warszawa-kot-prezenty02 warszawa-kot-prezenty03 warszawa-kot-prezenty04 warszawa-kot-prezenty05 warszawa-kot-prezenty06 warszawa-kot-prezenty07 warszawa-kot-prezenty08 warszawa-kot-prezenty09 warszawa-kot-prezenty10


Podobało się? Podziel się z innymi!
Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmailFacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmail

Miri.

Na ponad tydzień wyjechałam z moim Niemcem do Polski. Oprócz tego, że oblałam praktyczny egzamin na prawo jazdy na parkowaniu, nie mam nic do powiedzenia w tej kwestii. No, i przywieźliśmy sobie kota. I dziś o tym chcę opowiedzieć. Krótko, bo wciąż się nie ogarnęliśmy po powrocie, a blog zarasta pajęczynami. W najbliższym czasie chyba będzie tu więcej o kotach, bo ja mam kociokwik (o tym też będzie).Nasz połamaniec i ofiara losu ma na imię Miri. Gdy mieliśmy się zdecydować między dwoma tygryskami, początkowo stawialiśmy na tego drugiego (wg słów moich rodziców najbardziej rozgarniętego z całej trójki kociąt), ale gdy Miri zaczęła kuleć (prawdopodobnie moja mama na niej stanęła…) i zabraliśmy ją do weterynarza, postanowiliśmy, że jeśli jest kotką, weźmiemy właśnie ją. Okazało się, że tak było i od tej pory ta mała ofiara losu stała się członkiem naszej rodziny. Choć już mój ojciec mówił, żebyśmy wzięli tego zdrowego… Tyle że my chcieliśmy tego i po dziewięciu godzinach podróży samochodem Miri trafiła do swojego nowego domu.

Muszę przyznać, że byłam zaskoczona jej reakcją na podróż. Grzecznie spała w transporterze, czasami popłakała, ale potem się uspokajała. Zero histerii i paniki, zero nieprzyjemnych wydzielin (a grozili mi rodzice, oj, grozili… Ale Miri to grzeczny kotek i nic złego się nie stało). W domu zaś z miejsca polubiła swój drapak, zaprzyjaźniła się z nową kuwetą (nawet poczekała, aż pojedziemy na zakupy i kupimy żwirek, zamiast załatwić swoje potrzeby w jakimś innym miejscu – a przecież to było ładne jedenaście godzin!) i poinformowała nas, że wody pić nie zamierza. Tu zaczyna się nasza prywatna batalia, bo ja kotów doić nie zamierzam, a krowiego mleka jej nie dam. Niemniej powoli dochodzimy do porozumienia.

Póki co daje nam w nocy spać i sama idzie w nasze ślady. I jest malutka. Taka drobinka. Nasz mały słodki kotek. I już nie kuleje, a podczas zabaw wyprawia najdziwniejsze akrobacje. Może znajdę jej zatrudnienie w teatrze?

Życie z kotem będzie przygodą. Nie mogę się jej doczekać, choć trochę się boję. Myślę, że mój Niemiec może się pod tym stwierdzeniem podpisać.

(Jedyną prawidłową i dopuszczalną reakcją są zachwyty nad Miri!)

 


Podobało się? Podziel się z innymi!
Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmailFacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmail

Kot w małym mieszkaniu.

Nie odzywałam się w tym tygodniu. Nie bez powodu, bo byłam bardzo zabiegana, zestresowana, z kilkoma załamaniami nerwowymi i kotem w domu. Ten ostatni etap jutro dobiegnie końca, bo teściowie zabiorą Miau z powrotem, a ja odetchnę z ulgą (nie na długo, bo na początku sierpnia będziemy mieć własnego kota).
Kocham koty i lubię Miau. Niemniej kot, który spędza swoje dnie w domu, raczej nie będzie zachwycony zamknięciem go w dwudziestu czterech metrach kwadratowych – w dodatku bez swojego drapaka. Poza tym nasza przestrzeń jest tak zagospodarowana, że ciężko zdjąć wszystko z mebli, by Miau mógł sobie po nich skakać. Nie przeszkadzało mu to – po prostu pozrzucał, co mu przeszkadzało i miauczał.
Bardzo również upodobał sobie korzystanie z kuwety kilka sekund po jej wyczyszczeniu (nawet jeśli w gruncie rzeczy okazywało się, że nie było w niej wcześniej żadnych nieczystości). Szczególnie mu się to podobało, gdy ja myłam zęby. Nie dawał wciąż w spokoju prysznica bądź skorzystać z toalety, bo chciał nas pilnować. A nasze łóżko okazało się najlepszym drapakiem świata.
Ciągle z pełnym wyrzutów miauczeniem informował, że chce się bawić. Okazało się, że nasze jednopokojowe mieszkanie wcale nie jest za małe na zabawę w berka z kotem, który pląta się pod nogami (ryzyko wybicia sobie zębów – wysokie), ale póki sprawia mu to radość… Czasem można było znaleźć dla siebie chwilę, gdy rzuciło mu się piłkę do golfa, za którą biegał przez minutę – dopóki nie zgubił. Niestety Miau nie rozumiał, że czasem miałam jakieś inne obowiązki – napisać list motywacyjny, czy pojechać na rozmowę kwalifikacyjną. W pierwszym przypadku miauczał, w drugim też miauczał – ale gdy już wróciłam.
W porządku, mimo tego narzekania spędziłam z Miau miłe chwile (mojego Niemca praktycznie w tym czasie w domu nie było, więc…), mogłam się zastanowić co i jak trzeba będzie zrobić, gdy przyjedzie do nas nasz kot (np. uważać, by nie wskoczył na kuchenkę zaraz po tym, jak coś się gotowało – Miau się już oparzył), rozważyć kwestię kuwety (biorąc pod uwagę naszą tendencję do zalewania całej łazienki, gdy bierzemy prysznic, nie jest to do końca optymalne miejsce) oraz kwestię karmienia (Miau nie je suchego i mam wrażenie, że w ogóle nie pije, co z całą pewnością nie może być prawdą) i drapaka.
Podczas gdy ja piszę tego posta, mój Niemiec bawi się z Miau w berka. Dwa słonie w składzie porcelany.
Zdjęć też nie dawał sobie robić. Patrzył z wyrzutem, albo się poruszał (bądź wsadzał nos w obiektyw).


Podobało się? Podziel się z innymi!
Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmailFacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmail