Archiwa kategorii: alinowo

Mój najlepszy przyjaciel – mój mąż

przyjaciel

„Zostańmy przyjaciółmi” – jak często kończy się w ten sposób związki? Czy te słowa nie bolą już bardziej niż sam fakt rozstania?

Dzisiejszy post jest odpowiedzią na pewien komentarz pod pewnym postem na pewnym blogu. Gdybym mogła sobie przypomnieć, podlinkowałabym. Jednak nie mogę, więc musicie zdać się na moją dość emocjonalną (jak zwykle zresztą) relację z czytania. W tekście tym chodziło bodajże o temat „zostańmy przyjaciółmi”, a jedna z czytelniczek napisała: „Nie możemy zostać przyjaciółmi, bo nigdy nimi nie byliśmy”, a ja się nad tym poważnie zastanowiłam. W mojej głowie pojawiło się dość ważne w moim mniemaniu pytanie: Skoro nigdy nie byliście przyjaciółmi, to co was łączyło? Dlaczego w ogóle byliście razem?

Wszystkie moje związki romantyczne miały swój początek w przyjaźni. Poznawałam faceta, rozmawialiśmy, rozmawialiśmy jeszcze więcej, spędzaliśmy razem czas i po dłuższym czasie, gdy zaufanie zdążyło się zrodzić, decydowaliśmy się na coś więcej. Związek.

Związek w moim pojęciu to taki byt, który łączy pełne zaufanie z chęcią spędzenia razem całego życia. I nie ma znaczenia, że ta chęć może kiedyś zniknąć. Ona w każdym razie gdzieś tam jest. Nawet niewypowiedziana. Dla mnie jednak najważniejsze jest to zaufanie i możliwość opowiedzenia tej drugiej osobie wszystkiego. I powiem Wam, że te wszystkie związki się u mnie zakończyły, bo w którymś momencie przestało brakować tego elementu przyjaźni. Zabrakło szczerości i chęci porozmawiania o problemach. Rozwiązania ich. Przypomnienia sobie, dlaczego byliśmy dla siebie kiedyś tacy ważni. Może i ciężko pozostać przyjaciółmi, gdy ta przyjaźń zniknęła, ale ona musiała kiedyś istnieć.

Naprawdę nie potrafię sobie wyobrazić związku, który nie bazuje na przyjaźni. Bo na czym? Na cielesności? Przecież to wszystko przemija. Na starość nie pociąga nas już pomarszczone ciało partnera, libido też prawie już nie istnieje. Co zostaje? Chyba tylko przyjaźń. Albo przyzwyczajenie. Niemniej ta ostatnia możliwość wydaje mi się okropnie smutna.

Mój mąż jest moim najlepszym przyjacielem. Widział i przeżył mnie w sytuacjach, o których nikt inny nie ma pojęcia, że w ogóle istnieją. Ja też znam go lepiej niż ktokolwiek. Akceptujemy się w naszych wadach i zaletach. „Na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie” wytrzyma chyba tylko przyjaźń.

Zdradzę Wam, że nasz związek zdecydowanie nie jest bajkowy. Nie mamy dla siebie czasu, rozmawiamy czasem tylko „o pogodzie”, na czułość nie mamy siły… I tak czasem mówimy, że czegoś nam brakuje, tej lekkości, którą mieliśmy na początku, tego szaleństwa i innych rzeczy, które robiliśmy. I wiecie co? Po prostu zaczynamy to wtedy robić*. Te szalone rzeczy. Albo zwyczajne, na które na co dzień nie mamy czasu.

Nie potrafiłabym być w związku z kimś, kto nie jest moim przyjacielem. Nawet jeśli po tym wszystkim przyjaciółmi już nie będziemy, ta przyjaźń była. I o niej pamiętam. Cenię ją. Nawet jeśli minęła i już nigdy nie wróci, a między nią było dużo bólu.

I dziś jesteśmy ze sobą już cztery lata.

*Okłamałam Was. Rzadko się to zdarza, bo brak czasu i sił. Ale gdy mamy czas i siły, to wtedy wychodzimy z domu i staramy się być znowu sobą. Tym, kim byliśmy dawno temu. A bez względu na wszystko kochamy się, choć czasem jest naprawdę ciężko.


Podobało się? Podziel się z innymi!
Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmailFacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmail

Jestem snobką.

jestem snobka

Jestem towarem luksusowym. Tak też, choć w innych słowach, mówiłam moim byłym chłopakom. Na mnie trzeba sobie zwyczajnie móc pozwolić. Tak też zapowiedziałam mojemu Niemcowi, a on nie uwierzył. Dopiero później zdał sobie sprawę, że nie było w tym ani grama przesady.

Swoją drogą snobizm uważam za temat dość szeroki. Niektórzy idą w zupełnie inną stronę i wyznają zasadę żula. Ostatecznie chcą się tym tylko zaprezentować, pokazać, że w swoim stylu życia są lepsi (zakładając, że robią to celowo, a tacy ludzie też istnieją). A ja dziś oficjalnie przyznaję, że jestem snobką. Może trochę na wyrost, może to, o czym mówię, nie jest pozbawione wyjątku, bądź w ogóle nie jest zasadą. Taki mały rachunek sumienia bez wyrzutów.

Jadam trufle* i szynkę parmeńską**.
Pizzę tylko z włoskiej restauracji, żadnej tam pizzerii na rogu.
Kocham makaroniki, ale nie te mrożone z Lidla.
Buty tylko ze skóry.
Ubrania najlepiej z wełny i jedwabiu (choć tu odpuszczam też na rzecz wiskozy i bawełny).
Na tanią czekoladę nawet nie spojrzę, gdy jestem na zakupach. Tylko jakieś Lindty, czy ręcznie robione…
Bio. Kiedy i gdzie się tylko da.
Kota karmię kaczką czy bażantem. Żadnym tam kurczakiem.
Sztuczna biżuteria niech idzie do diabła. Jestem kobietą, chcę srebra, złota i diamentów!
Nie tknę perfum z drogerii, chcę Diptyque i inne takie. Niszowe, czy inne Chanele…
Szminek Chanel też nigdy za wiele.
Generalnie chętnie wydam więcej na lepszą jakość niż grosze na byle co.

Wiecie co? Jestem snobką. Lubię dobre życie, dobrą jakość i świadomość, że nie jestem bylejaka. Że moje życie też takie nie jest.

I mówi to osoba, która wciąż żyje w miniaturowym mieszkaniu, a pieniędzy ledwo starcza na to życie. A i tak na nim nie oszczędzam (wystarczy zobaczyć, ile wydaję na kocie jedzenie…). Wolę mniej, ale lepiej. Ale minimalistką nie jestem. Tylko zwyczajną snobką.

(Swoją drogą myślę, że nie jedzenie mięsa też jest snobistyczne, kolejny punkt do mojej listy.)

*Z nimi mam ten problem, że są ciężko dostępne, drogie jak cholera i często i tak nie takie, jak należy.

**Mój wegetarianizm nie ma się w ostatnim czasie najlepiej, niemniej jednak po krótkim czasie, gdy mogłam jeść mięso bez przeszkód, znowu zaczynam chorować po jego najmniejszej ilości. Najwidoczniej nie jest mi to pisane…


Podobało się? Podziel się z innymi!
Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmailFacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmail

Happy detoks w Lipowym Domu

happy detoks

Od początku tego roku w moim życiu jest bardzo dużo stresu – w zasadzie w każdym zakamarku życia. W związku z tym od ponad miesiąca mnie roznosiło, podejrzewam, że mój Niemiec dostał w związku ze mną rozstroju nerwowego, a Miri też była mocno niedopieszczona. Przez cały ten czas modliłam się, by po obudzeniu okazało się, że już zaczął mi się urlop. I w środę tak się stało.

Pod koniec zeszłego roku Kasia zapytała, czy jadę z nią w tym na warsztaty Happy detoks prowadzone przez Kasię Bem, autorkę książki – kto by pomyślał – „Happy detoks”.  Wspominałam Wam o tej pozycji dokładnie rok temu, dość lakonicznie, muszę przyznać, ale takie były moje odczucia. Z tego też powodu bałam się, że wyjazd mi się nie spodoba, że Kasia Bem jako nauczycielka jogi mi się też nie spodoba… No, ale postanowiłam pojechać, to pojechałam. O dziwo z pozytywnym nastawieniem, mimo lekkiego sceptycyzmu w związku z książką. Zaskoczyłam samą siebie, ale byłam tak zestresowana, że pewnie wyjechałabym dobrowolnie nawet na Syberię, byle tylko odpocząć od codzienności…

Warsztaty odbyły się w Lipowym Domu w Lipowie, gdzieś na Mazurach. To miejsce, do którego bałabym się pojechać moim samochodem (droga tragiczna) i w dodatku nie miałam ani odrobiny zasięgu w telefonie. To poniekąd dobrze, tyle że ja potrzebowałam być w kontakcie z moim Niemcem i Miri (która wyjechała na własny urlop do moich teściów), co z oczywistych względów się nie udało. Za to miałam czas dla siebie.

Przygotowanie do wyjazdu miało być też przygotowaniem do detoksu (tego książkowego). Ja się do zaleceń nie zastosowałam (mówiłam, że miałam ciężki okres) i byłam ciekawa, jak to przetrwam. Codzienna joga, medytacje, detoksowe jedzenie… A drugi dzień tylko na bulionie (to dla mnie synonim słowa „głodówka” i w sumie wszyscy tak do tego podchodzili). Zdziwiłam się, że przetrwałam ten bulion bez słowa skargi i nawet nie byłam głodna. Tego samego dnia poszłam też na masaż pleców. A następnego już praktycznie nie wstałam z łóżka. Byłam okropnie słaba, nie miałam na nic ochoty, a gdy próbowałam ćwiczyć jogę na zajęciach, zdałam sobie sprawę, że jedyne, do czego się nadaję, to pozycja trupa. W zasadzie od trupa odróżniał mnie tylko ból pleców…

Ostatniego dnia energia i siły życiowe do mnie wróciły, a ja zakończyłam mój jogowo-detoksowy weekend szczęśliwa.

To tak w skrócie. A ogólnie muszę jeszcze dodać, że wbrew moim obawom Kasia Bem jest bardzo dobrą nauczycielką jogi, bardzo pozytywną osobą i wydaje w najbliższym czasie nową książkę „Happy uroda” (premiera za jakiś tydzień). Same warsztaty są bardzo fajnie zorganizowane, a jedzenie pyszne (może pomijając ten bulion i siemię lniane, choć niektórym ono smakowało – ja mam poważne problemy z przełknięciem tego paskudztwa). Przepisy są w książce i chyba zacznę ją w końcu doceniać. Bardzo mi się też spodobało, że nie było przymusu uczestniczenia w zajęciach (jak już mówiłam – sobotę w zasadzie przeleżałam z książką w łóżku i nie pojawiły się żadne wyrzuty z tego powodu), a do tego było sporo wolnego czasu, który można było spędzić, jak się komu żywnie podobało (w moim przypadku na śnie i czytaniu). Samo Lipowo jest naprawdę urocze, a nad jeziorem spędziłam najlepszą godzinę całego wyjazdu, czytając, obserwując ryby i po prostu relaksując się z dala od cywilizacji…

Rozważam, czy nie pojechać za rok z moim Niemcem. Myślę, że by mu się tam spodobało, a mi by go tak bardzo nie brakowało (Miri też zabierzemy, a co!).

(Nie obiecuję, że powstałam z martwych. Ostatnio wydaje mi się jednak, że żaden temat nie jest wystarczająco interesujący. Poza tym napisałam posta o moim i Miri kocim niezbędniku, po czym odkryłam, że albo się skasował, albo go w ogóle nie zapisałam… To chyba świadczy najlepiej o moim stanie – takie coś nigdy mi się nie zdarzyło. Kiedyś tam opublikuję tekst o faktycznych kosztach samochodu, które mnie przytłoczyły, gdy już się własnego dorobiłam. Tak z perspektywy niemieckiej.)


Podobało się? Podziel się z innymi!
Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmailFacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmail