Wszystkie wpisy, których autorem jest Alina

Koci ulubieńcy

1

Kocham mojego kota. Zrobiłabym dla Miri wszystko. Może dlatego kosztuje mnie ona tak dużo. Rozpuszczam ją, ale jestem z tego powodu też bardzo zadowolona, bo wiem, że o nią dbam i nie karmię jej śmieciami (czy, jak ja to nazywam, kocim fast foodem, jakim są te najbardziej znane i dostępne marki).

Dziś, we współpracy z Miri, opowiem Wam o tym, co Miri je, jak je, czym się lubi bawić i co ją uszczęśliwia. I zastanawiam się, czy usłyszę od Was to, co słyszę od mojej rodziny, gdy mówię, że kupiłam jej gulasz z renifera, czy coś takiego…

2Jak wszyscy wiedzą, koty jedzą myszy. Koty nie doją krów, nie jedzą owoców, ani nie pieką chleba. Kot idzie, łapie mysz i ją zjada. A na deser jakiś ptaszek czy coś. I tak się właśnie koty powinno żywić. Nie trawią one zbyt dobrze węglowodanów, większość kotów ma nietolerancję laktozy, ale za to bardzo duże zapotrzebowanie na białko.

Gotowe karmy dostępne w marketach zawierają zwykle bardzo mało mięsa, a dużo jakiś dziwnych produktów odzwierzęcych (wierzcie mi, nie chcecie wiedzieć, co się za tym pojęciem kryje i na pewno nie chcecie, by Wasz kot coś takiego jadł) i dodatków węglowodanowych (ryżu, mąk, ziemniaków…) oraz diabli wiedzą czego jeszcze. Dlatego nim Miri do mnie trafiła, zrobiłam research na temat kociego żywienia.

Przeszłam przez różne (myślowe) fazy. M.in. BARF (warto o tym poczytać, mnie wykonanie przerosło). Jednak uznałam, że to nie dla mnie. I zaczęłam szukać dobrej karmy. Szukałam. Różnych próbowałam. Szukałam czegoś w miarę taniego, ale dobrego. I powiem Wam, że ciężko było znaleźć. Ostatecznie zdałam sobie sprawę, że niewiele karm spełnia warunki, które są absolutnie nie do złamania. I dziś powiem Wam, co w moich oczach te wymagania spełnia.

Mokre karmy:

CatzFinefood – w zasadzie wszędzie (gdzie znajdują się osoby, które się na temacie znają) jest chwalona jako najlepsza mokra karma. Ma sporo różnych smaków, dobry skład i smakuje. Znaczy Miri smakuje. Ja nie jadłam. Ja za to stwierdzam, że apetycznie pachnie (mój Niemiec potwierdza). Miri jednak woli…

Feringa – jest odrobinkę tańsza od CatzFinefood i składowo tak samo dobra. Miri ją preferuje. Niemniej ja nie chcę polegać na jednej marce, niech ma trochę odmiany, dlatego kupuję obie.

Animonda Carny – to niezła karma, brakuje jej jednak paru mikroelementów. Kiedyś była też afera odnośnie czystości tej karmy (kilka lat temu). To chyba najtańsza dobra karma, niemniej ma jedną wadę – jest tylko w puszkach. A Miri puszek nie lubi*. Dlatego kupuję te dwie powyższe. Jak będę miała dwa koty, będę kupowała puszkowane, bo teraz problem polega na tym, że Miri całej puszki nie zje, więc ląduje ona w lodówce, a jak podgrzać w puszce, by szkodliwe substancje z puszki nie weszły do jedzenia jeszcze bardziej? No i Carny ma troszkę za dużo podrobów. A ich nadmiar odbija się na kocich nerkach.

Czasem Miri je też Cosmę, ale to raczej na deser. Lubi tylko określone smaki. Ostatnio zasmakowało jej GimCat z tuńczykiem. Też na deser, bo nie jest pełnowartościowa. A gdy zamiast zamawiać na Zooplus.de (jest też polska strona zooplus.pl) idę do zoologicznego, kupuję jej czasem RealNature.

Suche:

Tu nie ma wielkiego wyboru. Jedyna karma, która wydaje mi się być naprawdę sensowna to Applaws. Kiedyś Miri jadła też Feringę, ale ona nie jest zbyt dobra. Przeszłam przez kilka różnych, ale Applaws wygrywa (choć tutaq też słychać głosy, że nie jest zbyt dobrze wyważona, jeśli chodzi o pewne mikro- czy inne makroelementy).

Miri uwielbia suche jedzenie, ale nie jest ono idealne dla kotów. Dlatego dostaje je tylko w małych ilościach jako dodatek (wiem, że wiele osób mówi, że koty najlepiej karmić tylko suchym, ale to sprzeczne z kocią naturą – niekoniecznie też jest zdrowe – bo koty z natury mało piją, większość płynów dostarczają sobie wraz z jedzeniem, co się z suchą karmą kłóci – swoją drogą Miri nie pija z miski, pija ze szklanki, bo z miski nie lubi…).

Smakołyki:

Ostatnio Miri dostaje głównie Cosma Snackies. Czyste suszone mięso bez dodatków. Z tańszych nadające się do jedzenia są kiełbaski Winstona (dostępne w Rossmannie), które kotom też bardzo smakują. Kiedyś Miri jadała smakołyki Sanabelle. Również są niezłe, ale Miri szaleje za Cosmą. Niech więc tak zostanie.

Inne jedzenie:

Miri lubi surowe żółtko jajka (koty nie powinny jeść surowego białka, bo go nie trawią). Zazwyczaj kupuję zerówki. Poza tym bardzo chętnie je surowe mięso (podrobów nie lubi). Głównie kaczkę i inne ptactwo, które nie jest kurczakiem. Indyk też jej smakuje. A dla bażanta wejdzie mi na głowę. Czasem dostaje też dobrą wołowinę, ale tu jestem ostrożniejsza, bo wołowina dostaje o wiele więcej antybiotyków niż drób. Czasem kupuję jej też jakąś dziczyznę, ale to rzadko, bo mrożone mięso się naprawdę źle porcjuję.

Zabawki:

Lubię łączyć fajne z pożytecznym. Dlatego smakołyki i suche jedzenie Miri dostaje w formie zabawy. Na smakołyki mam jajko z Whiskasa z dwoma dziurkami, z których smakołyki przy mocniejszym szturchaniu wypadają. Im większy smakołyk, tym większy problem, by go wydostać i tym bardziej Miri jest zajęta. (Wcześniej mieliśmy jeszcze taką drewnianą płytę z tunelami, które można było zakrywać i odkrywać, przesuwając je, a pod suwakami były smakołyki, jednak okazało się to dla Miri zbyt łatwe, więc bez bólu to oddałam, szczególnie że znalazłam o wiele lepsze rzeczy.)

Suche jedzenie dostaje ona w wieży. Żeby się do niego dostać, musi je zrzucać na niższe piętra, aż wypadnie. Ten wynalazek uważam za genialny! Gdybym wiedziała, jaki jest dobry, już dawno bym jej go kupiła! Zanim dotarł, Miri zjadała suche na raz, a potem marudziła, że jest głodna. Teraz po pierwsze jest zajęta wydostawaniem go, a po drugie nauczyła się zostawiać sobie coś na później. Nie zjada wszystkiego na raz, ale robi sobie czasem kilka godzin przerwy i wraca. (Generalnie polecam zabawki dla kotów firmy Catit, są świetne! Jak się przeprowadzimy kiedyś do większego mieszkania, z całą pewnością dokupię resztę.)

3Jej ulubioną zabawką jest wędka z ptakiem. W ogóle Miri lubi zabawki, którymi nie musi się sama bawić, ale to my ją zabawiamy. A jeśli mają pióra – szaleje. Różdżki z piórami też uwielbia. Za myszami i piłkami niechętnie biega, ale wszelkie rzeczy, którymi my się z nią możemy bawić, są strzałem w dziesiątkę. Jedynym wyjątkiem są kartony. Kartonami może się sama bawić. Choć one i bez wspomnienia trafiają bez pudła (hahaha) w koci gust.

Z kocich ulubieńców to będzie wszystko. Przy okazji większego mieszkania planuję zakup tunelu, reszty zabawek Catit i nowego kota, z którym Miri będzie mogła spędzać dotychczas samotne dni. No, ale w tym roku to się raczej nie zdarzy…

*W międzyczasie znalazłam rozwiązanie puszkowego problemu – po otwarciu puszki porcjuję karmę (dzielę na pięć części) i każda porcja ląduje w osobnym pojemniku. Można podgrzać bez problemów w kąpieli wodnej i nie trzeba się martwić o szkodliwość puszek i ich posmak. Na najprostsze rzeczy jak zwykle najtrudniej wpaść…

4


Podobało się? Podziel się z innymi!
Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmailFacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmail

Zero waste – na początek nowej przygody

zero waste

Gdybym kilka lat temu opublikowała wpis na temat zero waste, który chodził mi po głowie, dziś bym się bardzo wstydziła. Mianowicie dziś jestem całkiem odmiennego zdania niż wtedy, posypuję głowę popiołem i opowiem Wam, o co tak naprawdę chodzi.

Kilka lat temu przeczytałam artykuł o Bei Johnson, autorki bloga Zero Waste Home i najbardziej znanej propagatorki ruchu (czy też może filozofii?) zero waste. W artykule tym Bea prezentowała słoik ze swoimi śmieciami. Z całego roku. Jeden słoik. Moja reakcja na to była taka: „Bzdura, to niemożliwe, ona kłamie” i tak dalej, i tak dalej…

Zero waste to w zasadzie nic nowego. Ludzie żyli w ten sposób tysiąclecia, aż w latach sześćdziesiątych ktoś wynalazł plastikowe reklamówki, które opanowały świat i dziś nie wyobrażamy sobie bez nich życia. A plastik znalazł się nagle wszędzie, bo jest lekki i tani. Tyle że potrzeba setek lat, by się rozłożył. Wiecie, że nawet jemy plastik? To, co ląduje w wodzie, rozdrabnia się na malutkie cząsteczki, ryby to zjadają, a te znowu zjadamy my. W wodzie pitnej też się on znajduje, bo filtry w oczyszczalniach nie mają możliwości wyłapania tych mikrocząsteczek. Ale zero waste nie ogranicza się do plastiku. Tu chodzi o nie marnowanie niczego. Żadnych surowców, zasobów – niczego. Ale o tym dokładniej innym razem.

Niemniej coś się w moim życiu zmieniło. Zaczęło się na Wielkanoc, gdy wraz z moim Niemcem postanowiliśmy ograniczyć śmieci, sortować je (w Niemczech śmieci się sortuje, bo za te ogólne się dużo więcej płaci, ale że my mieszkamy w bloku, to raczej nie robiło nam to różnicy i pakowaliśmy wszystko do jednego kontenera – tego drogiego) i zrobić coś dobrego dla środowiska. Nawet nie jestem w stanie powiedzieć, jak do tego w ogóle doszliśmy. Po prostu się stało. I od tego dnia zaczęłam interesować się życiem bez śmieci.

Nie przesadzę, gdy powiem, że spędziłam kilka tygodni w Internecie, szukając informacji, czytając blogi, a potem szukając alternatyw. Nagle się zorientowałam, że niemal dusimy się w plastiku. Jest wszędzie i nie sposób go uniknąć. Kilka razy zwątpiłam i się popłakałam, bo nie udawało mi się rozwiązać pewnych problemów. Np. kupno sera. Wszystko jest zapakowane w folię spożywczą. Sałata (taka rukola, roszponka czy szpinak) są zapakowane w plastik i naprawdę nie ma jak ich kupić w stanie nieopakowanym. O kociej karmie już nie wspominając.

Gdzieś tam postanowiłam unikać tego, jak tylko mogę. Staram się kupować bez produkcji śmieci, ale mimo to mój kosz jest ciągle pełny. Czasem wydaje mi się, że coś jest bez plastiku, a tu nagle okazuje się, że się myliłam.

To długa droga, mnóstwo prób, ale też nie chcę oszaleć. Jestem na razie daleka od zero waste, ale plastic free – może mi się kiedyś uda. I na pewno będę Wam trochę więcej pisać na ten temat, bo jest on bardzo ważny. Naukowcy stwierdzili, że przy obecnej tendencji do zaśmiecania naszej planety, Ziemia przetrwa jeszcze tylko sto lat. Nas już wtedy nie będzie, ale co z naszymi dziećmi? Chciałabym się też kiedyś doczekać wnuków, jedndak bez świadomości, że im nie będzie dane to samo.

Dziś dam Wam na drogę jeden mały, ale jakże skuteczny sposób, by zrobić coś dobrego dla świata: nie używajcie jednorazowych reklamówek czy toreb na zakupach, ale takich z materiału. A gdy ktoś będzie Wam chciał coś zapakować, powiedzcie „nie”. Na początku jest to trudne, ale potem już idzie z górki. I nagle okazuje się, że w sklepie nie trzeba pakować jabłek i bananów do osobnych reklamówek. Przytulone do siebie w bawełnianej torbie też mają się dobrze.

PS Już wiem, jak wpadłam na to, by zainteresować się zero waste. Moja ulubiona bloggerka – Joulenka – opublikowała wpis na ten temat oraz jeszcze jeden z instrukcją szycia woreczków na żywność. Musicie tam zajrzeć!

Wyżej wspomniałam, że chciałam napisać kiedyś niemiły wpis na temat zero waste. Przypadkiem natknęłam się w Sieci na jeden, który mniej więcej to prezentuje, co ja chciałam wtedy powiedzieć. Polecam Wam lekturę komentarzy.

Ja zaś będę w najbliższym czasie więcej o tym pisać. To ważny temat, proszę Was, byście o tym poczytali. Czy zdecydujecie się, by ostatecznie zrobić coś dla środowiska, to Wasza decyzja, proszę Was jednak o otwarty umysł.

Słyszeliście o tym nurcie? Co o tym sądzicie? Uważacie dbałość o środowisko za fanaberię, czy ma to w Waszym życiu jakieś znaczenie?


Podobało się? Podziel się z innymi!
Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmailFacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmail

Prezenty urodzinowe

IMG_20170520_232614

Dziś będzie krótko. Jestem stara i już prawie po trzydziestce (kolega, który skończył dwadzieścia pięć lat, stwierdził, że on ma już prawie trzydziestkę, to ja na to, że w takim razie ja jestem już prawie po – w razie, gdybyście się dziwili, ale ten wiek i tak nastąpi szybciej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać…), dlatego prezenty stają się praktyczne, choć jeszcze nikt nie wpadł na to, że KitchenAid jest baaardzo praktyczny (cóż, cena trochę mniej). Szkoda. Niemniej jestem moimi prezentami zachwycona. Miri zresztą też, jak widać na załączonych obrazkach.

Na samej górze widzicie cudowny kocyk z wełny dziewiczej. Z kotami. Od jakiegoś czasu staram się ograniczać plastik i takie tam złe i niedobre rzeczy, w związku z tym koniec z kupowaniem poliestrowych koców. No, ale na te koty to ja już od dawna polowałam, tylko szkoda mi było pieniędzy, których nie mam. Wełna jest zdecydowanie droższa niż poliester. Koc jest genialny. Dlaczego wcześniej na to nie wpadłam? Cóż, kolejne będą tylko z wełny. Muszę się zastanowić, co zrobię z moim poliestrowym zapasem… (Jestem uzależniona od koców, naprawdę).

Moja przyjaciółka, droga Gia, absolutnie zaskoczyła mnie tym genialnym kocim ręcznikiem kuchennym. Miri też taki chce, ale nie dostanie. Mój!

A potem dochodzą książki. Bez książek nie ma urodzin. Komiksy Wiedźmina. Wiedźmińską kolekcję wszystkiego uzupełniam na bieżąco. Taka słabość… I tutaj brakowało mi owych komiksów. Teraz je mam. Z czytaniem trochę trudniej, bo nie przepadam za tą formą literatury, no ale posiadać muszę. Taka jestem dziwna.

Potem książka o Freudzie i o manipulacji. Tematy bardzo ciekawe, tę o manipulacji zaczęłam czytać, ale na razie daleko nie zaszłam (ostatnio mało czytam). Tutaj wiele nie powiem. Przynajmniej teraz.

Nowa Jadłonomia. Akurat wczoraj przeczytałam. Myślę, że jest jeszcze lepsza od pierwszej (a ja książki kucharskie kolekcjonuję, nie korzystam z nich – Jadłonomia to jedyny wyjątek), ale okaże się po przetestowaniu przepisów. Dziś testujemy herbacianą zupę pomidorową. A potem makaron z rzodkiewkami.

I kolejna porcja prezentów, które są okupowane przez Miri. Kocie żelki (jadłam kiedyś, są pyszne), Palo Santo czyli drewienko, które cudnie pachnie, koreańska maseczka bąbelkująca do twarzy, kleopatrowa kula do kąpieli z Ministerstwa Dobrego Mydła (pachnie jak kąpiel Kleopatry – mleko i miód – cudo, a kule z MDM są moimi ulubionymi, Lush niech się schowa), korektor Bell (szukam zastępcy dla mojego ukochanego korektora z Sephory, ale obecnie wszystkie inne padają w tej potyczce… Niech wreszcie Sephora pojawi się w Niemczech!) i genialny peeling enzymatyczny.

No to sto lat dla mnie i miłego tygodnia dla Was!

I jak Wam się podobają moje prezenty? Wiem, że zazdrościcie absolutnie wszystkiego.

IMG_20170524_173132 IMG_20170605_122426 IMG_20170605_122519 IMG_20170605_122541 IMG_20170605_122702


Podobało się? Podziel się z innymi!
Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmailFacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmail