Zakupy zero waste

Jakiś czas temu odkryłam sklep, w którym można kupić wszystko zapakowane w papier. Wszystko ekologiczne. I już przy pierwszych zakupach dostałam fajne gratisy. No i to jedzenie. Ciągle narzekałam na niemożność kupna nieopakowanych rodzynek (a ekologicznych to już w życiu nie widziałam) i teraz kupiłam kilo zapakowane w papier. Dwa i pół kilo ryżu. Czerwoną soczewicę, daktyle, wiórki kokosowe, amarantusa, sól, suszone borówki i dziką różę. Ta ostatnia, bo ostatnio chciałam część wysuszyć, ale zapomniałam. A żadne z nas nie zamierza się w tym roku już bawić w jej obieranie. I quinoa… to akurat było głupie, bo kupiłam poprzednio, więc mamy jej mnóstwo, no ale zapomniałam. W gratisie dostaliśmy ryż (taki do robienia ryżu na mleku) oraz laski cynamonu cejlońskiego. I to, co nas niemal doprowadziło do śmiechu i zachwyciło – dynię hokkaido! Miał przyjść jeszcze marcepan, ale nie mieli na stanie. A borówki dostałam mielone, tak do spróbowania, normalne też mają dojść później (jakoś mi nie przeszkadza, bo wyjadłam pół opakowania łyżeczką).

Kupiłam też siedem książek. Na swoją obronę mam tylko, że pięć z nich to książki kucharskie, a dwóch nie było w ebooku. „Sekretnik Szeptuchy” przeczytałam i zaraz pójdzie w świat. Bo mi niepotrzebny. „Kot, który spadł z nieba” czeka na swoją kolej. Książki Małgorzaty Kalemby-Drożdż… co tu powiedzieć… lubię jej bloga i chciałam je mieć. Wszystkie już przeczytałam. I zamierzam przekonać się do jedzenia chwastów (próbowałam w tym roku, ale jeszcze mi się nie udało do końca w nich zakochać). A książki Elizy Mórawskiej już prawie kolekcjonuję. To moja ulubiona bloggerka kulinarna. I brakuje mi teraz tylko „O jabłkach”. Na mojej wishliście znalazło się sitko. I kupiłam je. W końcu. Zaraz się pewnie okaże, że mi niepotrzebne. Bo wcześniej było niezbędne, to teraz pewnie nie będę używać. Tak to już bywa. A ta beczułka? Jest z jakiejś tam ceramiki (nie znam się) i w tym momencie kisi się w niej kapusta. Kupiliśmy ją, bo ostatnio kupiłam surowe śledzie i chciałam je zasolić. I w ten oto sposób nasz słoik, w którym zwykle kisimy, został zajęty, a tego samego dnia obiecałam mojemu Niemcowi, że ukiszę mu kapustę… No to wzięliśmy tę beczkę. Po czym kupiłam też ogórki i brakło nam znowu naczynia. Na szczęście udało się wyeksmitować olej kokosowy z jego dużego słoika i teraz tworzy nam się sporo dziwnych kiszonek. Jak widać, ten zakup był potrzebny. (A potem okazało się, że całą sól zużyłam na śledzie, mój Niemiec pojechał kupić – nie do końca bez plastiku – po czym, sprzątając, odkryłam jeszcze kilogramowe opakowanie soli himalajskiej. Załamałam się nad swoją głupotą i sklerozą.)

Mam też durszlak. Akurat były w Pepco z dziurami w kształcie liści. Zakochałam się. W Kauflandzie były też orzechy jadalne luzem. Drogie jak diabli, ale już drugi tydzień za nimi jęczałam. Zresztą całe nasze tygodniowe zakupy okazały się bardzo dobre pod względem zero waste. Jedyną opakowaną rzeczą była margaryna. No i ta nieszczęsna sól i cukier. Ale to dlatego, że mój Niemiec nie zdawał sobie sprawy, że te torebki są od środka wyściełane folią. Teraz już wie.

No i deski, z których zbudowaliśmy (!) regał, były zapakowane w folię. Ale co tam. Duma z regału jest większa (a mogę się założyć, że gdybyśmy regał kupili, to bez folii też by się nie obeszło).

To post dla tych, którzy lubią optymistycznie. Dziś nie narzekam, jakie to trudności stają mi na drodze do zero waste. Dziś się cieszę.


Podobało się? Podziel się z innymi!
Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmailFacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmail