Co czytasz? #7 – książki bloggerów, fantastyka i miłostki

Dziś odpoczniemy sobie (trochę) od zero waste. O książkach nie pisałam od ponad roku, dlatego dziś możecie rzucić okiem na to, co czytałam. Od razu mówię – było tego więcej, ale wielu lektur nie pamiętam. To był szalony rok. Nie wymagajcie tego ode mnie. Powiem, co wiem.

„Belgariada” David Eddings – wiecie, że od tej książki zaczął się mój związek? A raczej od pierwszego tomu tej serii. Czyli – zaczęłam się z nią zapoznawać jakoś w maju 2013. I teraz udało mi się temu podołać (po wielu próbach). Mój Niemiec bardzo lubi tę serię. Ja zaś… ciężko mi z tym. Eddings literackiego Nobla nie dostanie. To miła lektura, jeśli ktoś chce zapoznać się z fantastyką i nie jest wielkim koneserem literatury. Miłe czytadło. I dużo godzin, w trakcie których wyczekiwałam od czasu do czasu końca.

„Kiedy odszedłeś” Jojo Moyes – w ostatnim czasie miałam kilka zetknięć z tą autorką. Akurat w tej książce bohaterka traci ukochanego (wbrew pozorom jest to dość nietypowa sytuacja) i przypadkiem traci też siebie, gdy o na jej drodze pojawia się nikomu nie znana córka owego ukochanego. Sporo dziwnych sytuacji, nieźle, choć prosto, napisana książka. Ale zdecydowanie nie moja ulubiona Jojo Moyes.

„Dziewczyna, którą kochałeś” Jojo Moyes – od tej książki nie mogłam się oderwać! Zaczyna się w trakcie pierwszej wojny światowej we Francji, gdzie poznajemy bohaterkę nr 1. Jej portet, który namalował jej mąż, sprawia, że staje się ona fascynacją niemieckiego wojskowego (już mniejsza o stopień, to był szef stacjonujących w tej okolicy Niemców). A potem skaczemy do czasów współczesnych i ów obraz wisi w pewnej sypialni (nie miejcie autorce za złe, że zabiła kolejnego ukochanego i bohaterka nr 2 tkwi właśnie w żałobie i ma problemy finansowe). Tyle że pewna firma dostała zlecenie na odzyskanie owego dzieła. I tu zaczynają się perypetie. Bardzo wzruszająca historia (niemal chce mi się znowu płakać, gdy to piszę…), trochę zakręcona, ale tylko trochę. Jojo Moyes pisze naprawdę dobre historie miłosne. Obiecuję. Bo to nie jest takie „spojrzeli na siebie i szlag ich trafił, anioły dmuchają w trąby, a jednorożce pierdzą brokatem”, ale bardziej życiowe. No, ale bez przesady…

„Ch…owa Pani Domu” Magdalena Kostyszyn – to chujowa książka. Nie mam zielonego pojęcia, w jakim celu została napisana (poza zarabianiem pieniędzy, ale też nie rozumiem, dlaczego nikt nie domaga się ich zwrotu…).

„Pokochaj swój dom” Bea Johnson – jestem w trakcie pisania recenzji (od dwóch miesięcy?). Dziś tak w skrócie (w razie gdybym tej recenzji jednak nie napisała): choć Johnson nie lubię, uważam, że ma problemy ze sobą, ze zdziwieniem i skruchą przyznaję, że ta książka jest lepsza od naszego polskiego „Życie zero waste”. Zawiera mnóstwo praktycznych wskazówek i pokazuje, żeby może jednak nie szaleć, bo to bez sensu. Czasem trzeba odpuścić. I co? Spodziewaliście się tego po Bei?

„Jakoś to będzie. Szczęście po polsku” – niektórzy mówią, że to polskie hygge. Z racji, że nie wiem, co tkwi w lekturach na ten temat, pominę to. „Jakoś to będzie” to zwyczajne przypomnienie Polakom, czym Polska jest i dlaczego jest fajna. Wydaje mi się, że ta mała książeczka może zostać uznana za polski skarb narodowy. Naprawdę. Bo tak łatwo pomyśleć, że u sąsiada trawa jest bardziej zielona… Wiem, że ja mieszkam u sąsiadów, ale ja się za przykładną Polkę nigdy nie uważałam, więc o sobie tym razem nie piszę. To tak ogólnie. Warto zajrzeć. Najlepiej bez oczekiwań. I dać się trochę zaskoczyć tym, co oczywiste (lub nie).

„Złe matki są najlepsze” Matylda Kozakiewicz – ta książka jest zajebista! Lektura obowiązkowa dla każdej przyszłej mamy. Powinno się ją dodawać do tych zestawów prezentowych w szpitalach. Mówię poważnie. Kropla rozsądku w morzu miliona obcych opinii na temat wychowywania dzieci. I absolutnie zabawna! A okładka? Przepiękna.

„Milion odsłon Tash” Karhtyn Ormsbee – niby dla młodzieży. Ale genialna. Niby o sukcesie w Internecie. Ale nie bezmózga. Porusza ważne tematy. Typowe jak – jak radzić sobie z sukcesem w Internecie, przyjaźń, wartości, rodzina. I jeden nietypowy, ale ważny – aseksualność. Bardzo wciągająca, wręcz momentami niesamowita. I polecam ją z całego serca.

„Czar Chanel” Paul Morand – rozczarowała mnie. Krótkie wejrzenie w życie Chanel z jej perspektywy, ale mało inspirująca. Ilustracje ładne, ale ostatecznie, jak już wspomniałam, książka mnie rozczarowała. Cieszę się, że kupiłam ją jako ebooka.

„Historia naturalna smoków” Marie Brennan – wprowadzenie do smoczej serii. Tutaj nie bardzo wiem, co napisać. Niby było fajnie, ale to taki mały wycinek całej historii. Mają powstać kolejne tomy, ale ten mnie nie nasycił. Nawet nie wzmógł szczególnego apetytu.

„Finansowy ninja” Michał Szafrański – podchodziłam do tej książki jak pies do jeża! Tyle pieniędzy to jednak spore oczekiwania, a ja nie lubię, gdy ktoś je zawodzi. Michał Szafrański nie musi się jednak obawiać, że go znajdę. Naprawdę świetnie się sprawił w tej książce. Pewne teksty zostały po prostu przeklejone z bloga (byłam akurat świeżo po lekturze bloga w związku z interesującymi mnie tematami, więc wiem, co mówię), ale sporo jest nowych. To naprawdę genialna książka jeśli chodzi o edukację finansową w Polsce. Niemieckie realia są trochę inne (akurat ta książka bardzo pomogła mi w pracy w niemieckim banku! Myślę, że tego Michał Szafrański się nie spodziewał). Polecam. I od razu do tego darmowy kurs „Pokonaj swoje długi”, który (mimo zaledwie jednego kredytu na samochód i braku innych długów) obejrzałam. Ten facet wie, o czym mówi. Jeszcze raz polecam.

I na koniec…

Seria „Kwiat paproci” Katarzyna Berenika Miszczuk – słowiańskość w pigułce, świetna historia („Ja, diablica” itd. może się schować), bardzo zabawna. Ale nie kupujcie „Sekretnika szeptuchy” – mnie bardzo rozczarował. Za to cykl? Jak najbardziej!

Znacie którąś z tych książek? Co o niej sądzicie?


Podobało się? Podziel się z innymi!
Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmailFacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmail
  • O kurde, ale mi się od Ciebie dostało :) No nic, pozdrawiam!

    • Dzięki temu komentarzowi odkryłam Twojego bloga i szczerze mi przykro, że książka obrała całkiem inny kierunek stylistyczny. Ale jak to mówisz: no nic :). Również pozdrawiam!

  • Hej Alina,

    Bardzo dziękuję za ciepłe słowa o „Finansowym ninja”. Cieszę się, że książka Ci się podobała i przydała. :)

    Pozdrawiam i powodzenia!

    • Michale, bardzo się cieszę, że zajrzałeś :). Mam nadzieję, że będziesz częściej publikował merytoryczne teksty na blogu, bo za nimi tęsknię! (Nigdy nie byłam fanką podcastów ;)).