Myśli nieuczesane.

Ostatnio ciężko mi ubrać w słowa to, co chcę Wam napisać. Nie wiem, czy to ma coś wspólnego z moim ogólnym stanem psychicznym (którego – chyba po raz pierwszy w życiu – jakoś nie potrafię ogarnąć i nawet nie wiem, jak się czuję), czy też ze zmianami, które pojawiają się w moim życiu i światopoglądzie.

Mój problem – o ile to w ogóle jest problem – polega na tym, że w chwili obecnej chcę naprawiać świat, wszystkich nawracać, ale z drugiej strony daleko mi do bycia aktywistką. Cieszę się moimi osiągnięciami, frustruję tym, co robią inni ludzie i martwię się wszystkim. To ostatnie nie jest jednak niczym nowym. I oczywiście planuję. Nasz przyszły dom (daleka przyszłość) i sensowne rozwiązania w naszych dwudziestu czterech metrach kwadratowych. Oczywiście jak najszybciej i jak najmniejszym kosztem. Ta budowa regału potrwa pewnie z rok i skończy się zakupem. Tak to zazwyczaj bywa, gdy mój Niemiec zaoferuje, że coś zbuduje. Ja oczekuję, że to nastąpi w najbliższych dwóch tygodniach, a on… cóż, potrzebuje na to więcej czasu. Takie to nasze radosne życie.

Wiecie co? Niektórzy może się zdziwią (przynajmniej ci, którzy znają mnie osobiście), ale ja naprawdę nie lubię konfrontacji. Np. takie zakupy bez opakowań. Jak się uprę, to się uprę, ale jak sprzedawca równie uparty co ja, to kłócić się nie zamierzam. I zwyczajnie odchodzę z pustymi rękami. W takim Kauflandzie – choć ser czy ryby do własnych opakowań sprzedają – zazwyczaj boję się zapytać, bo czasem dziwnie reagują (ostatnio się niemal pokłóciłam ze sprzedawcą, który zapakowany już w folię ser zapakował jeszcze do papierowej torebki i nijak od tego nie odstąpił – byłam zła jak osa przez kolejne dwie godziny). I po prostu wysyłam mojego Niemca. Niech on się martwi. I niech on walczy o naszą bezopakowaniową żywność.

Za to z Miri walczyć nie damy rady. Walkę o ekologiczny żwirek przegraliśmy. A ona radośnie grzebie w swoim betonicie. Co oznacza, że używamy plastiku na zużyty żwirek, który czeka na wyniesienie. Jak się czyści kuwetę trzy razy dziennie, nie ma się już ochoty za każdym razem latać z tym do kontenera. I tak musimy z tym żyć. Puszki też zostają (i gdy regał u nas zamieszka, zamieszkają one w regale, a nie plastikowych pojemnikach). BARFować wciąż nie zamierzam. Choć się przymierzałam. Naprawdę. Z punktów na Zooplusie wzięłam olej z łososia, który podobno jest w BARFowaniu niezbędny. Trzy porcje jedzenia musiały zostać wyrzucone, bo Miri odmówiła jedzenia czegokolwiek, co z owym olejem się zetknęło. Olej musiał nas opuścić.

Za to porzuciłam sklepową pastę do zębów na rzecz sody oczyszczonej. Bez oleju kokosowego. Za to z suszoną miętą. Olej wszystko zasyfiał i w ogóle do mnie nie przemawiał. Zaś proszek działa dobrze. Może w najbliższym czasie kupię też na próbę takie pastylki do mycia zębów, by je wypróbować (w podróży dobrze by się mogły sprawdzić – lepiej niż słoiczek z proszkiem). Moje dylematy związane z mydłem w płynie też już minęły – rozpuszczam po prostu takie w kostce i życie jest piękne! Za to nijak nie znajdę zadowalającej mnie alternatywy szamponu… Ten w kostce od Sauberkunst niby działa, ale pozostawia po sobie resztki na skórze głowy. Nie lubię tego. Szczególnie, gdy muszę je potem wygrzebywać je ze szczotki do włosów i grzebienia (musiałam kupić nowy czyścik do szczotek, bo stary zniknął i mimo intensywnego poszukiwania przez kilka tygodni, nie znalazłam go, Miri się do niczego nie przyznaje). Zatem wróciłam do normalnego szamponu. I to nawet nie takiego eko i bio – zwykłego Garniera z SLSami. Taki robi moim włosom najlepiej.

Wczoraj zrobiłam trzy duże bee’s wrapy. Świetnie się sprawdzają przy przechowywaniu chleba. Można w nich nawet mrozić. Stare też wrzuciłam na chwilę do piekarnika, by warstwa wosku się wyrównała. Już wiem, czemu od kilku tygodni o tym ciągle „zapominałam”. Mimo że robi się je dość prosto, to jednak jest raczej męcząca praca. Przynajmniej jeśli nie chce się wszystkiego oblepić woskiem (a czyszczenie pokrytych nim powierzchni to koszmar, wierzcie mi).

I wiecie, że w dzisiejszych czasach można w aptekach wciąż kupić zioła w papierowych torebkach i nawet suszone borówki? Tak sobie wczoraj zapytałam w aptece i wyszłam dość zadowolona. Kupiłam liście brzozy. I plaster. Krótko po przyjściu do domu czymś się zacięłam.

W najbliższych dniach możecie oczekiwać mojej zero waste wishlisty. Innych życzeń obecnie nie mam. Dobrze mi z niczym.

Tak oto poznaliście zbiór moich niepoukładanych myśli. Może i mogłabym ułożyć to w sensowny tekst, ale jak już na początku wspomniałam – przerasta mnie to ostatnio.

A tak w ogóle – co u Was?


Podobało się? Podziel się z innymi!
Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmailFacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmail
  • „bee’s wrapy” są najlepszym odkryciem – idealne!
    A co do półki i czekania na nią to jest takie powiedzenie, że jak facet obiecał, że coś zrobi, to zrobi, ale nie trzeba mu co pół roku przypominać haha :D