Co czytasz? #5 – saga księżycowa, Fronczewski, Kleopatra…

co czytasz 2 ksiazki

Minęło trochę czasu, odkąd pisałam o przeczytanych przeze mnie książkach (okay, odkąd napisałam o czymkolwiek). Fakty są jednak takie: wciąż nie zdecydowałam, w jakiej formie chcę owe książki przedstawiać. Myślałam o dzieleniu na kategorie tematyczne, ale to się nie sprawdza (ostatnio czytam głównie o sporcie i jedzeniu…). Książki dobre i złe to też dość sztuczny podział. A teraz poddaję się i napiszę co nieco o książkach, o których mam jakieś zdanie i jeszcze pamiętam, że je w ogóle czytałam. W końcu jest wiosna! Pora, by mój blog obudził się ze snu zimowego. No i od początku roku przeczytałam 24 pozycje, zatem naprawdę mam o czym pisać.

„Saga księżycowa” – Marissa Meyer („Cinder”, „Scarlett”, „Cress”, „Winter”)

Gdy Gia napisała bardzo pozytywną recenzję „Cinder”, uznałam, że chcę tę książkę przeczytać. Poprosiłam, by mi wysłała i w końcu do niej zajrzałam. I połknęłam wszystkie tomy na raz. W Polsce były w owym momencie wydane dwie pierwsze, więc „Cress” i „Winter” musiałam czytać po angielsku. „Musiałam”, bo ni cholery nie mogłam się od tej serii oderwać. Meyer stworzyła wspaniałą futurystyczną serię, korzystając z dobrodziejstw kulturowych i mieszając do swojego świata postaci z bajek – Kopciuszka, Czerwonego Kapturka, Roszpunkę czy Śnieżkę. Najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że tu nic nie jest oczywiste. W jej interpretacji postacie stapiają się ze sobą, podejmują decyzje odmienne od wersji nam znanych i czasem wymieniają się cechami. Przyznam się, że po pierwszej stronie byłam sceptycznie nastawiona. A potem zmieniło się wszystko.

Kilka ogromnych plusów za nie pójście na łatwiznę. Żeby nie spojlerować, nie powiem, o co chodzi. Zdradzę tylko, że autorka nie jest naiwna i wie, że rewolucja nie wybucha w ciągu sekundy, ale musi dojrzeć. Wspaniale zostało to przedstawione. Dobrze napisane, no i takiej serii jeszcze nie czytaliście. Choć wydaje się, że wszystko już było. Bo było. Ale inaczej.

Wspaniała.

(Dowodem na to, że wspaniała, jest fakt, że chciałam napisać posta tylko i wyłącznie o tych książkach, ale wybiłam sobie to z głowy).

„Aplikacja” – Lauren Miller

Kolejne polecenie Gii. Coś bardzo na czasie – o wpływie nowoczesnej technologii na nasze życie. Dodatkowo gratis milion teorii spiskowych. Podstawową zaletą tej książki jest fakt, że jest jedna. Wygląda na to, że nie zrobią z tego serii. Mam nadzieję, bo ostatnio raczej pojedyncze powieści się nie zdarzają. To książka-ostrzeżenie. Dość umiejętnie przedstawione.

„Rosyjska zima” – Daphne Kalotay

Ostatnio wspomniałam o mojej nowej obsesji, a mianowicie balecie. I wiąże się to bardzo mocno z „Rosyjską zimą”, bo to historia o baletnicy, balecie, życiu… Może trochę tę książkę streszczę.

Pewna kobieta wystawia swoją bogatą kolekcję biżuterii na aukcję. Owa kobieta jest byłą baletnicą, jedną z najlepszych. A pewien mężczyzna dołącza do aukcji naszyjnik, który pasuje do innych eksponatów. Co ich łączy? Tego dowiadujemy się w trakcie lektury.

Sceny współczesne mieszają się z tymi z czasów Rosji radzieckiej, gdzie Nina (nasza bohaterka) trafia do szkoły baletowej, wspina się po szczeblach kariery, zakochuje się i stara się w żyć w państwie, w którym wolność nie istnieje. Trochę polityki, ale od strony społecznej, ale też dużo baletu – jego bólu i piękna, które z tego bólu się rodzi.

Miałam tę książkę od kilku lat i bardzo się cieszę, że w końcu ją przeczytałam. Przy okazji wzbudziła we mnie fascynację czymś nowym. I jest naprawdę dobrze napisana. Może to nie geniusz literacki, ale zdecydowanie lepsza językowo pozycja niż większość obecnie dostępnych na rynku.

„Happy detoks” – Kasia Bem

O tej książce powiem krótko. Zaintrygowała mnie, ale rozczarowała. Bo ostatecznie napisana jest dość ogólnikowo. Ale jest ładna. Dla początkujących w temacie zdrowego stylu życia raczej na pewno przydatna, ja zaś mam mieszane uczucia.

„Sen Kleopatry” – Christian Jacq

Znowu wspomnę o Gii (nie, nie sponsoruje ona tego posta). Kilka lat temu wspominała ona o Christianie Jacqu w kontekście jego powieści o Ramzesie i się nimi zwyczajnie zachwycała. Od tego czasu chciałam poznać jego książki, ale jakoś się nie zdarzyło. Gdy napisał o Kleopatrze, nie mogłam już sobie odpuścić. No to wreszcie przeczytałam i najchętniej utopiłabym mojego Kindla w wannie (gdzie to zamierzałam się ową pozycją rozkoszować), albo walnęła nim o ścianę. Ta książka jest straszna. Słabo napisana, mocno stronnicza, postaci (choć z natury fascynujące i bardzo barwne) płaskie… Na plus jest fakt, że ten facet zna się na historii Egiptu i ona go fascynuje, ale pisarz z niego niezbyt wybitny – przynajmniej w moich oczach. Mimo mojej miłości do Kleopatry, książkę ledwo zdzierżyłam. Za dużo przypadków, za mało osobowości i zdecydowanie za słaby język. Nie wyniosłam z tej lektury dla siebie absolutnie nic.

„Nic zwyczajnego” – Michał Rusinek

Kto znał Szymborską lepiej niż jej osobisty sekretarz? No, może i jest ktoś taki, ale to Rusinek postanowił wypowiedzieć się na temat noblistki. Spodziewałam się więcej, ale ogólnie książka mi się podobała. Poznałam Szymborską od innej strony niż jej poezja. Tutaj wiele napisać się nie da – trzeba przeczytać. Myślę, że warto.

„Smakowita Ella” – Ella Woodward

Tutaj naprawdę tylko kilka słów: bardzo ładna, przejrzysta i prosta. Choć naprawdę wolałabym zdjęcia wszystkich potraw zamiast czasem pojawiających się zdjęć autorki. Osoby, które chcą rozpocząć dietę rośliną, raczej łatwiej się przekonają po „Smakowitej Elli” niż „Jadłonomii” – ma bardziej przyjazną formę i zdecydowanie mniej dziwnych składników. Choć miałam wrażenie, że Woodward do każdej potrawy dodaje to samo.

„Ja, Fronczewski” – Piotr Fronczewski, Marcin Mastalerz

To wywiad-rzeka z jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich aktorów. Rewelacyjna rozmowa, dużo otwartości – Fronczewski nie unika odpowiedzi na pytania, a szczerze się wypowiada. Cała książka jest wspaniałym portretem Polski powojennej, szczególnie życia Warszawy, aktorstwa i życia teatralnego (a ja coś na ten temat mogę powiedzieć i naprawdę byłam zachwycona). A także o rodzinie, pasjach i nastawieniu do życia, które aż wypływa z każdego zdania. Można zbudować sobie (najprawdopodobniej bardzo wiarygodny) obraz Fronczewskiego. Jego skromność powala. A kto jak kto, ale on akurat ma powody do dumy. Świetny tekst, pod każdym względem. I najlepsza z dzisiaj opisanych przeze mnie książek. Jeśli mielibyście przeczytać którąś z nich, niech to będzie właśnie „Ja, Fronczewski”.

Obecnie czytam chyba z dziesięć książek na raz – jak już wspomniałam, głównie o szeroko pojętym zdrowym stylu życia. Przypuszczam, że wkrótce skuszę się na posta na ten temat, gdzie przedstawię Wam te, które są godne polecenia. Ostatnio czytałam też książkę Cassey Ho (Blogilates), jestem w trakcie „Jogi…” i „Baletu dla bystrzaków”, świetnej książki o alergiach… Na blogach mówi się o tym, co jest modne i nowe, ale myślę, że warto czasem zajrzeć do starszych pozycji, które nie tracą na aktualności. Zatem wkrótce będzie trochę szalenie, docelowo zdrowo, ale może inaczej niż wszędzie indziej.

Chętnie poczytam o Waszych poleceniach. Może znacie coś, co mi się spodoba? Zainteresowała Was któraś z powyższych książek?


Podobało się? Podziel się z innymi!
Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmailFacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmail
  • Bardzo ciekawy cykl. Dzieki takim wpisom można znaleźć bardzo ciekawe pozycje , które normalnie by nam nie wpadły w ręce :) widzę , ze dużo czytasz :) to nietypowe w dzisiejszych czasach

    • Dziękuję :). Zainteresowała Cię jakaś konkretna pozycja?

  • A mnie jakoś Saga księżycowa nie powaliła. Choć zainteresowała. Ale na pewno nie na tyle, żebym czytała kolejne tomy po angielsku :)

    Nie mogę się doczekać posta o „zdrowych” książkach.

    • Najpierw muszę ustalić, które są zdrowe, a które się tylko tak tytułują ;D.

  • Idziemy łeb w łeb z naszymi bliźniaczymi cyklami. :) Saga księżycowa!!!! Czytałam tylko te dwa tomy po polsku, ale były niesamowite!!! Bardzo żałuję, że kolejne nie wyszły po polsku, a po angielsku czytać mi się nie chce. Nawet nie to, że po angielsku, ale to, że e-booki. :(

    • Mi zdecydowanie pomaga Kindle. Już sobie nie wyobrażam życia bez niego. Tak to i ja bym pewnie nie miała ochoty…

  • Dawno u Ciebie nie byłam ;)
    Ja jestem totalną fanką „Sagi księżycowej” :D Nic nie poradzę, przeczytałam za jednym zamachem, no prawie, bo potem musiałam czekać kilka miesięcy na premierę „Winter”. Uwielbiam to, jak świetnie Meyer bawi się baśniowymi schematami, jak umiejętnie je składa w zupełnie nową historię. I kocham bohaterów, o. Czytałaś też „Fairest”? Pewnie mniej fajna od ścisłej „Sagi”, ale daje bardzo interesujący wgląd na charakter Levany, która okazuje się znacznie ciekawszą i bardziej złożoną bohaterką.

    • Ja miałam tak samo! (No, bez czekania). W pracy wyrywałam każdą sekundę, by zajrzeć do książki i w zasadzie byłam niezdatna do użytku (akurat trafiłam na dobry czas, gdy mnie wszyscy ignorowali i mogłam czytać). „Fairest” nie czytałam, ale chyba muszę! Levana już na końcu pokazała, że jest czymś więcej. Na pewno przeczytam. Dziękuję!

      I cieszę się, że wpadłaś :).

      • Ha, mnie też „Saga” na kilka dni wyrwała z rzeczywistości ;) Właśnie Levana przez większość serii wydawała mi się po prostu „tą złą” i dopiero „Fairest” mnie przekonało, że to bardziej skomplikowana postać. No i akurat zamówiłam sobie jeszcze „Stars Above” z opowiadaniami, najbardziej w sumie interesuje mnie ten epilog do „Winter” z jakimś ślubem :D