Ulubieńcy…

IMG_20170201_192354Od wieków nie było ulubieńców, dlatego też nie będę ich tytułować ulubieńcami stycznia. Bo to nieprawda. Lubiłam te rzeczy w styczniu, ale lubiłam też w grudniu. A poza tym to ulubieńcy długoterminowi. Zresztą tracą oni tym razem formę, którą im na początku narzuciłam. Dziś zwyczajnie o tym, co lubiłam. I to bardzo. W ostatnim czasie. To ulubieńcy z potencjałem na kolejne miesiące.

Zacznijmy od książki. W ogóle od kultury, a potem dojdziemy do urody (tak, mam dzisiaj sporo urodowych dziwactw). Ową książką jest osławiona już na blogach kulinarnych „Sztuka fermentacji”. Jeszcze jej nie skończyłam, ale jestem na dobrej drodze. To straszna cegła, ale pełna informacji, bardzo dobrze opracowana i dla osoby, która lubuje się w zdrowym stylu życia (nawet jeśli to dość burzliwy związek) i marzy o tym, by wreszcie wrócić na wieś (tego bym się po sobie nie spodziewała… ale chcę domu na wsi, i to teraz natychmiast!) i żyć bliżej natury… cóż jest bardziej naturalne od fermentacji i fermentowanych produktów, które towarzyszą każdej kulturze od zarania dziejów? W każdym razie ta lektura przekonała mnie do eksperymentowania i przez to stoją u mnie na kuchence dwie śmieszne butelki, w których robi się wino. W międzyczasie doszłam do wniosku, że coś zrobiłam źle, ale nie tracę nadziei…IMG_20170201_192437Ostatnio zakochałam się na zabój w jednym serialu. Nie miałam takiej fazy od czasów Gossip Girl, a to już o czymś świadczy (Gossip Girl to wciąż mój najukochańszy serial wszech czasów). Tym serialem jest Suits. To takie Gossip Girl dla dorosłych. Prawnicy trzęsą Nowym Jorkiem, zatrudniają kogoś, kto prawnikiem nie jest i od tego zaczynają się problemy. Kocham ten serial za prawników (jedno z marzeń mojego życia – być prawnikiem), za stroje i za miłość. Bo miłość w tym serialu jest zdecydowanie mniej dramatyczna niż we wszystkich innych, jakie znam. Jest bardziej naturalna. Bez zdrad na każdym kroku, choć z problemami i świadomością, że można je przezwyciężyć tylko i wyłącznie razem. Może nie pochwalam Mike’a Rossa za jego decyzje, ale wciąż go lubię. Choć lubiłabym bardziej, gdyby podejmował inne. Na szczęście twórcy byli w stanie jego zachowania uzasadnić. To mój drugi najukochańszy serial wszech czasów. A jutro wychodzi nowy odcinek… Mój Niemiec musi z tym żyć.

IMG_20170201_192608Jestem leniwa, dlatego makijaż u mnie sprowadza się do korektora i balsamu do ust. Jednak w zimie pojawiła się nowa edycja limitowana Essence Winter Glow. I tam natrafiłam na szminki w pudrze. Zaintrygował mnie ten temat, więc kupiłam jedną. Po czym wysłałam mojego Niemca do DM, by kupił mi drugą. Problem z normalnymi szminkami polega na tym, że nie są zbyt kompatybilne z balsamem do ust, a ja go potrzebuję. Za to te pudry nakładam na usta, na to balsam i hulaj dusza! Usta kolorowe i radośnie natłuszczone. Czego mi więcej do szczęścia potrzeba?

IMG_20170201_192541Twarz też zasłużyła sobie na mały update. Odkąd mój ulubiony balsam do mycia twarzy z nagietkiem Alverde zniknął ze sprzedaży (a to było naprawdę dawno temu…) przeszłam przez wiele różnych kosmetyków. Czarne mydło, dwufazowy olejek myjący, inny balsam myjący Alverde, słynny balsam Alnatura z Rossmanna z granatem… Diabli wiedzą co jeszcze… Któregoś pięknego dnia odkryłam jednak w DM nową markę Nonique i postanowiłam wypróbować (choć dwa razy droższa od Alnatury). I okazało się, że znalazłam chyba idealny żel do mycia twarzy. Bo ja jestem taką żelową osobą. W każdym razie jest delikatny (z makijażem sobie nie radzi), mimo to codzienne zabrudzenia usuwa bez zarzutu, a twarz jest z niego zadowolona. A odkąd w zestawie mam też silikonową myjkę do twarzy, która jest ręczną wersją Foreo Luna (miałam to długi czas na wishliście, ale nie znalazłam nikogo, kto by mi kupił, a sama nie chciałam tych pieniędzy na coś niesprawdzonego wydawać). W każydm razie ja sobie to tak tłumaczę. Bardzo przyjemnie masuje twarz i wspomaga proces oczyszczania. I kosztuje pięćdziesiąt razy mniej niż Luna…

IMG_20170201_192516Parę lat temu moje włosy były w cudownym stanie. W międzyczasie je zaniedbałam i musiałam zacząć od początku. Od dłuższego czasu uwielbiam serum bambusowe Alverde, które nakładam na umyte i mokre włosy, po czym je rozczesuję i są zadowolone. A od niedawna używam też serum na końcówki po każdym myciu. Ten sam proces. I szczerze nie wiem jeszcze, czy to serum na końcówki coś daje (ostatnio przycinałam włosy i jeśli za miesiąc końcówki nie będą wyglądać tragicznie, dojdę do wniosku, że kosmetyk się sprawdza), ale na razie je lubię. Pasuje do mojej wymarzonej koncepcji pielęgnacji (szybko, mało wymagająco, ale dobrze).

IMG_20170201_192706I hit Internetu. Winna jest Olfaktoria, przyznaję (swoją drogą ją lubię). Grzebyk do czyszczenia szczotek ratuje mojego okropnego TangleTeezera, w którym tkwi zawsze mnóstwo dziwnych rzeczy (od włosów poczynając…) i dopóki Olfaktoria nie wspomniała o tym gadżecie nie miałam zielonego pojęcia, jak wyczyścić szczotkę. Wszelkie próby były nieudane. Aż to teraz. Czyścik ma jedną wadę – rysuje mocno powierzchnię TangleTeezera i boję się, że kiedyś wydrapie w nim dziurę… Niemniej swoją funkcję spełnia.

IMG_20170201_192627No, do szczęścia potrzeba mi jeszcze czegoś. Moje przeklęte skórki przy paznokciach! A przy okazji kupna myjki do twarzy do koszyka trafiło również urządzenie, które znam w zasadzie od zawsze, ale zdążyłam jego istnienie wyprzeć z pamięci. Mam na myśli taki śmieszny nożyk do skórek. Nie wiem, jak to się nazywa, ale ostatnio to mój ulubieniec. Moje dłonie wyglądają trochę mniej tragicznie. A kosztuje toto grosze.

I ulubieniec absolutny to moja obrączka. Nie chodzi tu tylko o to, że jest piękna i na razie moja potrzeba posiadania tamtej wymarzonej jest baaaaardzo nikła, ale o to, że czuję się dorosła, odkąd ją mam. I trochę bardziej stabilna psychicznie. Ślub tego nie dokonał. Obrączka już tak.

Poza tym muszę o kilku rzeczach wspomnieć (bez zdjęć, bo po co…). Nowy materac. Śpimy na rozkładanej sofie i powiem Wam, że to koszmar, ale w naszym mieszkaniu rozłożone na stałe łóżko się nie sprawdzi. Nie będzie już absolutnie żadnej przestrzeni do życia. Dlatego ostatnio kupiliśmy materac (a dokładniej taki cienki materac, który się kładzie na normalny materac) i nagle sen sprawia mi jeszcze więcej przyjemności. Jest miękko, nie ma żadnych paskudnych kantów w środku łóżka, a mój kręgosłup nie płacze co rano. Bardzo się cieszę, że zdecydowaliśmy się na to rozwiązanie, choć jest logistycznie trochę skomplikowane.

Uwielbiam też wiskozę. Tej za to nienawidzi mój Niemiec, którego zazwyczaj błagam o prasowanie moich rzeczy do pracy. On nie znosi prasować. A już szczególnie wiskozy (niech się cieszy, że jeszcze nie dałam mu do prasowania jedwabiu…).

Kocie nauszniki z Biedronki. Ludzie się na mnie często na ulicy dziwnie patrzą. Ale zdarza mi się też dostawać komplementy (głównie za odwagę, bo kto w moim wieku dobrowolnie nosi wielkie fioletowe nauszniki z kocimi uszami?).

A śnieg z ulubieńców wylatuje. Jako kierowca go nienawidzę. Moja pierwsza zima za kierownicą… Tu nie mam nic więcej do powiedzenia.

I ostatnio lubię białe bułki. Najchętniej z łososiem wędzonym i koperkiem. I przestałam jeść owsianki i kaszki na śniadanie. Po paru latach codziennego jedzenia mam już ich szczerze dość.

Moją pracę zaś wciąż uwielbiam. Mimo wad. Kto by pomyślał…


Podobało się? Podziel się z innymi!
Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmailFacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmail

Mój rok 2016

2016

Dla wielu osób rok 2016 był trudny. Zarówno osobiście, jak i pod względem politycznym. Zresztą nie ma się co dziwić – w 2016 Europę zalała fala uchodźców, co (choć przyznaję to niechętnie…) pociągnęło za sobą ataki terrorystyczne; chore wybory w USA; śmierć wielu znanych osób (ale z drugiej strony to spotyka nas co roku); absurdalna ustawa aborcyjna w Polsce i inne genialne pomysły rządu… To te najważniejsze wydarzenia, a wyliczać można by pewnie w nieskończoność…

Dla wielu osób rok 2016 był trudny. Dla mnie też. Niemniej jestem z niego (i siebie) bardzo dumna. Przeżyłam trochę niemiłych rzeczy (m.in. mobbing w pracy), ale z drugiej strony udało mi się zamknąć temat prawa jazdy i nareszcie je zdobyć, a co za tym poszło – samochód. Piękny (choć obecnie brudny. Bardzo brudny). Moim osobistym sukcesem jest to, że dostałam tylko jeden mandat za przekroczenie prędkości i wjechałam w tylko jeden inny samochód. A co za tym poszło (to niemiłe…) to bardzo wysoki koszt ubezpieczenia na 2017… Jestem ogromnie wdzięczna moim teściom, bo bez nich wiele rzeczy nie udałoby mi się zrobić. Dziękuję im za zaufanie i miłość, jakimi mnie darzą. Bez nich chyba bym się kilka razy już porządnie załamała, bo musiałabym stanąć w miejscu. A tak – brnę do przodu.

W tym roku wyszłam też za mąż. W końcu zalegalizowaliśmy z moim Niemcem nasz związek, co obojgu dobrze zrobiło. Za tym poszła również zmiana nazwiska. Jestem ogromnie szczęśliwa z obu powodów (ślubu i nowego nazwiska). Powoli dochodzę do momentu, w którym jestem, kim chcę być i jestem z siebie zadowolona. Pewne blokady znikają. Niemniej sporo pracy jeszcze przede mną.

Poszłam do szkoły. Po jej ukończeniu będę bankowcem. I powiem Wam, że nie spodziewałam się, że ta praca sprawi mi aż tyle przyjemności! Mam już za sobą cztery miesiące pracy w banku (i dwa tygodnie szkoły… szkoła nudna, najchętniej wywaliłabym ją z planu) i w tej chwili nie zamieniłabym jej na nic innego. Zobaczymy, co powiem za dwa i pół roku, gdy szkoła się skończy, a ja będę się musiała zastanawiać nad swoją przyszłością. Przy odrobinie szczęścia zostanę tam, gdzie jestem, ale to nie jest takie oczywiste, bo obecnie się raczej zwalnia pracowników – nie zatrudnia. Zobaczymy. Na razie się nie martwię.

Przejechałam w 2016 roku moim samochodem dziesięć tysięcy kilometrów. Pierwsze dwa miesiące były pełne lęków, ale jest coraz lepiej (dopiero wyjazd na Sylwestra do Polski był w stanie mnie przerazić, bo takiej odległości na raz jeszcze nie miałam możliwości przejechać). No i już jeżdżę bez nawigacji. Przynajmniej do znanych mi miejsc.

I uczę się szyć. Podejrzewam, że w tym roku będę o tym raz za czas wspominać. To obecnie moje ulubione hobby (poza spaniem).

No, ale było też trochę porażek w tym roku. O nich krótko. Zaniedbałam bloga. Wciąż się nie przeprowadziłam. Miri wciąż bywa upierdliwa. Jeszcze nie stałam się milionerką. Zaniedbałam sport (to już niemal całkowicie…), a moje zdrowe odżywianie też nie jest optymalne. Nad tym muszę trochę popracować. No i mogłabym więcej oszczędzać. Obecnie nie idzie mi to najlepiej. Ale jak już wspomniałam na początku – jestem z tego roku i siebie dumna. A co do sytuacji na świecie – udaję, że to mnie nie dotyczy, choć akurat w dniu zamachu w Berlinie tam byłam. Na szczęście miasto jest na tyle duże, że byłam wystarczająco daleko.


Podobało się? Podziel się z innymi!
Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmailFacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmail

Obrączki idealne, czyli kolejny etap (po)ślubnej odysei.

obraczki 2

Ślub to obrączki. Czasem mam wrażenie, że w sumie może nie być pary młodej, ale sukienka i obrączki muszą być. Bez obrączek ślub nie może się odbyć. Tyle że to cholerstwo jest droższe niż suknia i garnitur razem wzięte!

Przynajmniej tak było w naszym niskobudżetowym przypadku. Garnitur używany (kupiony trafem parę miesięcy przed samym pomysłem ślubu, o sukience wiecie już wszystko (to swoją drogą moja ulubiona ślubna historia, bo kto może naprawdę powiedzieć, że dana suknia była mu przeznaczona?), grill w ogrodzie też do najdroższych nie należał. W sumie był niemal najtańszy ze wszystkiego (poza garniturem, on kosztował jeszcze mniej). No i pojawił się temat obrączek.

To nie tak, że nie chcieliśmy… Chcieliśmy obrączki idealne. I takie znaleźliśmy. Różowe złoto, stal damasceńska, surowy diament dla kobiety, faktura młotka… Praca krasnoludzkich rzemieślników, coś absolutnie nietuzinkowego. I ta cena, prawie cztery tysiące złotych. Gdy je znaleźliśmy, absolutnie nie chcieliśmy żadnych innych. I absolutnie nie mogliśmy sobie na nie finansowo pozwolić. Odłożyliśmy zatem ten projekt na bliżej nieokreśloną przyszłość.

Jakoś tak się stało, że po milionie pytań innych ludzi („A gdzie obrączka?”) i milionie tych samych odpowiedzi doszedł jeszcze jeden problem. Tak sobie rozmawialiśmy z moim Niemcem i doszliśmy do wniosku, że oboje obrączki chcemy. Mój palec serdeczny mnie swędział i ciągle się na niego patrzyłam, bo czegoś mi brakowało. W końcu postanowiliśmy kupić obrączki tymczasowe (czyli aż będzie nas stać na te idealne).

I tak sobie chodziłam po różnych niemieckich stronach (bo to, co sklepy miały do zaoferowania, zdecydowanie nasze możliwości przekraczało), aż znalazłam coś, co mi się spodobało. Całkiem proste obrączki, damska z brylantem. I prawie od razu je kupiłam, gdy odkryłam, że można je zindywidualizować. I w końcu z prostych obrączek powstały dość wąskie z różowego złota, z troszkę większym brylantem i naszą ukochaną fakturą młotka. Zaprojektowałam te obrączki i mój Niemiec stwierdził, że są piękne. No to kupiliśmy.

Moja okazała się troszkę za duża. To też ciekawa historia. W piątek poszłam do Polski i przechodziłam obok złotnika. Z głupia weszłam (znaczy spróbowałam, bo była siedemnasta, a złotnik zdążył już zamknąć, ale jeszcze nas wpuścił) i zapytałam, czy da się zmniejszyć i ile to będzie kosztować. Wsadził na jakiś stożek, walnął młotkiem (serce mi zamarło i już widziałam śmierć mojej obrączki), walnął jeszcze raz i obrączka się trochę zmniejszyła. Wyszłam stamtąd wciąż w szoku, ale obrączka się trzyma.

Oto historia naszych tańszych, pięknych, wciąż nietuzinkowych obrączek.obraczki 1Na zdjęciu moja jest na palcu wskazującym (lepiej się trzymała), teraz noszę na serdecznym lewej dłoni. Mój Niemiec na serdecznym prawej. Jeśli chcecie post na ten temat, dajcie znać. Też wywoływało to sporo dyskusji.

I jak Wam się podobają nasze cuda?


Podobało się? Podziel się z innymi!
Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmailFacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmail