Co czytasz? #6 – zdrowy styl życia – odżywianie i ruch

co czytasz 2 ksiazki

W ostatnim książkowym wpisie wspomniałam Wam, że chcę napisać co nieco o „zdrowych” książkach (oczywiście wszystkie książki są zdrowe, ale nie wszystkie o zdrowiu traktują, a na tych chcemy się dziś skupić – znaczy ja chcę). Ostatnio czytam mniej, ale głównie właśnie pozycje związane ze sportem lub odżywianiem i dziś napiszę Wam co nieco o kilku. Jak to w moim książkowym cyklu – będzie krótko i zwykle na temat.

„Hot body year round” – Cassey Ho

Jeśli znacie kanał Blogilates na YouTube, znacie też Cassey Ho. Jako że bardzo lubię jej ćwiczenia, postanowiłam zaopatrzyć się w jej książkę. Po przejrzeniu jej mój Niemiec stwierdził, że trzeba mieć naprawdę rozbuchane ego, by publikować tyle swoich zdjęć. To ten wredny komentarz. Mnie zaś doprowadza do szału jej psychopatyczny uśmiech (ona WIE, że to będzie boleć i się z tego cieszy). W gruncie rzeczy jestem z tej książki zadowolona. Zawiera bardzo dużo ćwiczeń podzielonych na partie ciała – sporo znałam już z filmików Cassey. Część poświęcona jedzeniu jest niezbyt odkrywcza, ale muszę przyznać, że prosta. Niemniej zdenerwowałam się, bo sporo jest tam deserów, a w owym czasie próbowałam wyrzucić cukier ze swojej diety na dobre i w każdej formie. Jeśli ktoś lubi Cassey i chce mieć jej wersję offline, warto. Ale ogólnie to książka niezbyt interesująca. Mi się spodobała, niemniej sądzę, że aż tak warta uwagi nie jest. No i nikomu nie chciało się jej wydać po polsku.

„Yoga für Dummies” („Joga dla bystrzaków”)

Mój Niemiec przywlekł mi kiedyś do domu, przeczytałam i muszę przyznać, że to niezłe wprowadzenie do jogi. W tej książce pokazane jest, do czego służy joga, jak wykonywać poprawnie asany i jak łączyć je ze sobą, by stworzyć własny (poprawny!) układ. No i odpowiednio oddychać. Jest też wprowadzenie do medytacji. Jeśli ktoś się chce dowiedzieć czegoś więcej na temat jogi, nim zacznie praktykę, może spokojnie sięgnąć po tę książkę. Mi się przydała, choć akurat jogę ćwiczę najchętniej, gdy widzę kogoś, kto się rusza, zamiast oglądać rysunki.

„Zamień chemię na jedzenie” – Julita Bator

Może najpierw polecę teksty Kasi Gandor na temat chemii, bo jej blog tak mnie spaczył, że denerwuje mnie sam tytuł książki Bator. Jeśli nie wiecie, od czego zacząć przygodę ze zdrowym odżywianiem, przeczytajcie tę książkę, nauczcie się czytać składy i postarajcie się nie oszaleć. Moje uczucia względem tej pozycji są dość mieszane. Tak mieszane, że na dobrą sprawę zdążyłam zapomnieć, co w „Zamień chemię na jedzenie” przeczytałam. Tylko podstawę – czytaj składy i nie jedz produktów kancerogennych. Nawet jeśli nie zostały one jeszcze za takie uznane.

„Anständig essen” – Karen Duve („Jeść przyzwoicie”)

To najciekawsza książka w tym zestawieniu! Karen Duve jest niemiecką pisarką (swoją drogą bardzo dobrą! Ogromna szkoda, że polski rynek wydawniczy jej nie docenia), która żyje na wsi, jest wybitnie mięsożerna, ma swoje własne zwierzątka i nadwagę. I przyjaciółkę-wegetariankę, która namawia ją do przejścia na jasną stronę mocy. Ostatecznie Duve postanawia przeprowadzić eksperyment – najpierw przez dwa miesiące będzie się odżywiać produktami ekologicznymi, potem dwa miesiące będzie wegetarianką, potem weganką, a na końcu frutarianką. I to na sto procent. Przy okazji szuka informacji na temat podejścia do życia w przypadku powyższych filozofii i również je przejmuje. To świetny eksperyment, dobrze napisana książka (choć czasem nudnawa, gdy Duve relacjonuje jakieś statystyki) i mocno daje po głowie. Po jej przeczytaniu miałam ochotę w ogóle ze wszystkiego zrezygnować, bo wygląda na to, że nie ma dobrego podejścia do życia. To lektura obowiązkowa dla każdego człowieka. Bo i sporo o byciu człowiekiem mówi. A tego można się naprawdę wystraszyć. Zero fikcji.

„Rzucam cukier” – Sarah Wilson

Gdzieś kiedyś na blogach się przewinęła książka o eliminacji cukru z diety. Zaintrygowała mnie w momencie, gdy zdałam sobie sprawę, że coś z moją tolerancją fruktozy jest nie tak. Tyle że istnieją dwie. Na początek zdecydowałam się na „Rzucam cukier”. To ładna, kolorowa książka, niezbyt wymagająca. Tłumaczy prostemu czytelnikowi, dlaczego cukier jest zły (w możliwie niewielkiej ilości słów) i pokazuje, jak przeprowadzić cukrowy detoks. Sama autorka jest wyznawczynią diety paleo, więc moim głównym zarzutem pod jej adresem jest fakt, iż przepisy nie są wegańskie (mięsa wprawdzie nie ma tam dużo, ale jest za to MNÓSTWO sera i jajek). Wiem, że weganka ze mnie żadna, ale generalnie staram się odżywiać w dużej mierze wegańsko. I gdy szukam inspiracji, nie pomagają mi w nich sery i jajka. Niemniej to książka łatwa i pouczająca. Widać, że Wilson postanowiła się rzetelnie przygotować do jej napisania, choć przyznam, że są pewne nieścisłości (np. zainteresowała mnie kwestia stosunku glukozy do fruktozy w słodzikach wszelkiego rodzaju i to, co Wilson przedstawiła, kłóci się z badaniami, które ja wyszukałam – np. syrop klonowy ma zdecydowanie mniej fruktozy, ale to w zależności od typu, zaś syrop z agawy ma jej o wiele więcej). Jeśli chcecie rzucić cukier, a niespecjalnie interesuje Was dieta wegańska – to książka dla Was!

„Siła z roślin. Kuchnia dla biegaczy”

No i nareszcie książka, która mnie uszczęśliwiła, nie sprawiła, że mam ochotę narzekać i jestem zadowolona, że ją kupiłam! To pozycja stworzona przez wegan, ultramaratończyków, którzy udowadniają, że dobrze zbilansowana dieta wegańska nadaje się nawet dla tak szalonych sportowców. Jest tu trochę motywacji do sportu, mnóstwo przepisów i wskazówek, co nadaje się do zabrania ze sobą na bieg oraz prostota. To książka o niebo lepsza od „Jadłonomii”, choć nie aż tak pięknie wydana. Przepisy są łatwe i brakuje im nadmiaru niezwykłych składników, przy każdej potrawie jest pokazany procentowy udział białek, tłuszczów i węglowodanów, a także jakie pierwiastki i witaminy w danym daniu znajdują się w dużej ilości.

Podsumowując: z całego serca polecam Wam „Jeść przyzwoicie” i „Siła z roślin”, ale bardziej książkę Karen Duve.

A ze swojej strony powiem po raz kolejny: słuchajcie, co Wasze ciało ma Wam do powiedzenia. Ono zwykle wie najlepiej. I nie dajcie się zwariować.

Znacie którąś z tych książek? Która zainteresowała Was najbardziej?

Merken


Podobało się? Podziel się z innymi!
facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmailfacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmail

Life update.

Słyszycie to? Tę ciszę? To mój blog. Milczy. A wiecie dlaczego? (Podchwytliwe pytanie – niektórzy wiedzą, cała reszta nie…) Powiem Wam.

Jakiś czas temu wspominałam o zbliżającej się przeprowadzce. Wraz z nowym miejscem pracy (połączonym ze szkołą, bo w moim wieku przydałoby się mieć już jakiś zawód w ręce – licencjat to w końcu niezbyt przydatny papierek, jak okazuje się w dorosłym życiu) miałam opuścić mojego Niemca, zabrać kota i zamieszkać sama, a przy okazji prowadzić związek na odległość. Taki był ten niezbyt miły plan. Ostatecznie na samą myśl o szukaniu mieszkania dostałam rozstroju nerwowego i stwierdziłam, że pieprzę to i się nie przeprowadzam. Po raz kolejny w życiu postawiłam wszystko na jedną kartę – uparłam się, że zdam prawo jazdy. I będę do mojej przyszłej pracy dojeżdżać.

Zapewne wiecie, że planowanie zdania tego przeklętego egzaminu w określonym terminie to domena ludzi naiwnych i chorych psychicznie. Ja się zaliczam do tej drugiej kategorii. Gdyby mi się nie udało, musiałabym dojeżdżać codziennie dwie i pół godziny w jedną stronę, a przy odrobinie szczęścia (jeśli trafi mi się miejsce niedaleko) – półtorej z równie beznadziejnym połączeniem środków komunikacji publicznej. Niemniej postanowiłam, że zostaję z moim Niemcem i już nic nie mogło tego zmienić.

W ostatnim czasie walczyłam zatem z pracą (mobbing i takie tam… w każdym razie miło nie było – na szczęście będę tam jeszcze tylko miesiąc pracować i w dodatku w innym miejscu, bez tych okropnych osób, które chcą wykończyć innych i siebie nawzajem, po mnie pojawiła się od razu nowa ofiara), stresem związanym z moimi szalonymi planami (halo, panie egzaminatorze, ja muszę zdać dzisiaj, bo inaczej życie mi się skomplikuje!) i w dodatku z pracą (znowu!), bo nie dają mi możliwości załatwienia ważnych rzeczy. O innych problemach nie wspominając… Pieniądze też odgrywały istotną rolę (przyszło rozliczenie za media w mieszkaniu i powiem tylko, że oni zdecydowanie coś tam bardzo źle obliczyli…), ale to już standard. Na bloga nie miałam czasu ani ochoty. Byłam bardzo skoncentrowana na doprowadzeniu mojego życia do stanu, w którym chciałam, by się znalazł.

I wiecie co?

Udało się.

Prawo jazdy zdałam, trzęsąc się za kierownicą (po zakończonym egzaminie trzęsłam się przez kolejne czterdzieści minut, bo nie mogłam się uspokoić – prawie się popłakałam) i tylko dzięki łasce egzaminatora, któremu jestem bardzo wdzięczna, że mnie nie oblał. Minęły prawie dwa tygodnie, a ja wciąż się boję, że następnym razem nie zdam, choć następnego razu już nie będzie. Zdałam! Moje prawo jazdy się produkuje! Tego samego dnia ruszyłam na poszukiwanie samochodu. Po tygodniu kupiłam Peugeota 207 (206 był moim marzeniem od dzieciństwa, ale nie miałam nic przeciwko innemu) i teraz oddycham z ulgą. Dopóki nie będę musiała sama usiąść za kierownicą – bez opieki ze strony kogoś, kto może nacisnąć hamulec w odpowiednim momencie. Boję się tego, ale wiem, że szybko mi przejdzie. Niedługo odbiorę moje cudo i będzie wspaniale.

A potem przestanę pracować w obecnym miejscu i będzie jeszcze lepiej. A następnie wyjadę na krótki urlop do Brukseli. A na początku września zaczyna się nowy rozdział w moim życiu (jeszcze wcześniej też zacznie się nowy etap – taki z ratami za samochód do spłacenia…).

No to już wiecie, czemu byłam taka milcząca. Nie wykluczam jednak, że ten stan się nie zmieni w najbliższym czasie. Odezwę się jednak raz za jakiś czas. Bo to nie wszystkie zmiany, jakie planuję…


Podobało się? Podziel się z innymi!
facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmailfacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmail

Przeprowadzka i myśli wokół niej.

przeprowadzka

Wielkimi krokami zbliża się ten dzień, gdy zamieszkam na swoim. Na całkiem swoim, gdzie mój Niemiec nie ma absolutnie nic do gadania – sam sobie winien, skoro postanowił zostać jeszcze przez rok w teatrze i się ze mną nie przeprowadzić. Zatem całe oszczędzanie, rozmyślanie nad meblami i poszukiwanie mieszkania jest na mojej głowie. I ta logistyka związana z późniejszymi spotkaniami. Gdzieś po drodze stresuje mnie prawo jazdy (za dwa tygodnie mam egzamin), wydaję dużo za dużo pieniędzy i o wiele za często spędzam czas na stronie Ikei w poszukiwaniu mebli idealnych (na rok).

Całe przedsięwzięcie życia na dwa mieszkania oddalone od siebie o sto kilometrów i dwie i pół godziny jazdy pociągiem mnie wykańcza. Musimy (tym razem oboje) podjąć mnóstwo decyzji: kto do kogo i kiedy? Kto co bierze i kto co zostawia? Obecna wersja brzmi – ja biorę wszystko, co chcę. Czyli lodówkę, całą kuchnię i pralkę. No i mój cudowny fotel, który wyżebrałam od jego rodziców. On za to może zatrzymać naszą sofę (bo ja koniecznie chcę w końcu normalne łóżko) i szafę (która i tak się rozpada, więc nie chcę jej już nigdy widzieć). No i swoje ukochane biurko, które tak właściwie to ja zorganizowałam, a on zaanektował tylko i wyłącznie dla siebie.

Uważacie to za niesprawiedliwe? To ma swoją logikę. On i tak bardzo rzadko bywa w mieszkaniu, w dni wolne będzie do mnie przyjeżdżał, więc na dobrą sprawę gotować nie musi (kupimy mu taką mini kuchenkę). Poza tym jada w teatrze. Teatr zaś kupuje nową lodówkę i starą mój Niemiec już sobie zarezerwował. Problem pojawia się przy kwestii pralki, ale ona i tak jest moja (dostałam od teścia w prezencie bożonarodzeniowym tuż po podpisaniu umowy najmu). Choć ostatnio w sklepie widziałam ładniejszą i rozważam jej zakup… Z drugiej jednak strony po co nam podwójne egzemplarze wszystkich sprzętów? Mój Niemiec twierdzi, że cokolwiek się zdarzy, za rok do mnie przyjedzie. Jeśli mu wszystko zabiorę, to szanse wzrastają jeszcze bardziej. Bo ja się naprawdę boję, że nasz związek nie przetrwa tej próby czasu, choć z drugiej strony ogromnie się cieszę na trochę więcej wolności. Tyle że tę wolność to ja mogę mieć w ciągu dnia, bo w nocy jest mi okropnie smutno i samotnie, gdy nie ma go w pobliżu (w piątek wyjeżdża na dziewięć dni, więc będę miała namiastkę tej „wolności”, choć tak naprawdę zniewolona wcale się nie czuję). Miri też go będzie brakować. Ona najbardziej lubi, gdy ma nas oboje, co tak rzadko się zdarza…

Ale za rok…

Za rok będzie inaczej. Będziemy mieć więcej czasu dla siebie. Ja nareszcie będę miała pracę, w której weekendy są wolne. Wprawdzie przez kolejne trzy lata będę zarabiała tyle, co kot napłakał (a teraz zarabiam naprawdę dobrze i zastanawiam się, czy to głupota z mojej strony rzucać dobrze płatną pracę, by uczyć się czegoś nowego, gdzie dopiero po tych trzech latach wrócę mniej więcej do mojej obecnej pensji…), muszę się z tego powodu zagłębić w tajniki związku na odległość i mocno zacisnąć pasa we wszystkich aspektach życia, ale minie ten rok i może nareszcie zaczniemy żyć ze sobą, a nie obok siebie. Bez teatru między nami.

Nie mogę się doczekać, ale tak bardzo się boję. Wszystkiego. Poszukiwania mieszkania, decyzji związanych z aspektami biurokratyczno-logistycznymi, o raz kolejny trwałości naszego związku… Nieważne, że cieszę się na kolejną przygodę mojego życia. Boję się. To ekscytujące i straszne. Czuję się trochę jak mała dziewczynka, która wyrywa się z domu rodzinnego i musi radzić sobie sama.

A przecież mam już to za sobą! Ach, ta strefa komfortu…


Podobało się? Podziel się z innymi!
facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmailfacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmail