Moje projekty w ostatnim czasie.

Po sześciu tygodniach bezczynności napadł mnie nadmiar energii. Roznosiło mnie właściwie bez granic i jedyne, co powstrzymało mnie przed podbiciem świata, to szkoła, do której codziennie musiałam wstawać przed szóstą rano, a na miejscu nudzić się jak mops. Zdecydowanie lepiej mogłabym wykorzystać ten czas. A dziś powiem Wam, co takiego robiłam przez ostatnie parę tygodni, a co doprowadzało mojego Niemca do szału, bo cóż, musiał robić to ze mną. Te moje projekty, jak je nazywam. Nie udało nam się w tym czasie wypocząć, ale ja byłam szczęśliwa i bardzo z siebie (z nas) dumna.

Zaczęłam dość niewinnie. Nastawiłam zakwas z buraków (poprzedni, pierwszy mi spleśniał, więc się nie odważyłam spróbować po raz kolejny przez dłuższy czas) i moje pierwsze w życiu ogórki małosolne. W ten sam weekend uparłam się, by wykorzystać naszą nową suszarkę do wszystkiego i zrobiłam chipsy truskawkowe i bananowe.

Potem postanowiłam się przełamać i zrobić własny twaróg. W planach był zakup czterech litrów mleka – trzy na twaróg, jeden na panir, ale ostatecznie wyszliśmy z ponad pięcioma. Najwyraźniej korzystanie z mlekomatu mnie przerosło, bo nie chciał mi oddać dwudziestu centów, a ja się bez nich nie chciałam ruszyć, więc musiałam kupić o litr więcej. I zrobiliśmy panir. Odstawiliśmy też trzy litry mleka, by się zsiadło, a jedną butelkę mój Niemiec dostał i sobie wypił. Tego samego dnia zrobiliśmy przecier pomidorowy, bo kupiliśmy trzy kilo tanich pomidorów. Próbowaliśmy też zawekować naszą zupę pomidorową, ale niestety umarła. Nasze śliwki już też powoli dogorywały, więc upiekliśmy z nimi ciasto.

Ach, zapomniałam! Jednego pięknego dnia poszliśmy na spacer (chciałam zrobić sok z czarnego bzu, więc trzeba było go nazbierać – no ale bzu już nie było…) i nazbieraliśmy mnóstwo dzikiej róży. Uznałam, że zrobię marmoladę. Gdybym wiedziała, jakie to ustrojstwo jest okropne w obieraniu, zastanowiłabym się nad tym jeszcze raz. Ale dokonaliśmy! Trzy dni pracy nas to kosztowało.

Teraz robi się nalewka kasztanowa, z której podobno można wytworzyć później dobrą maść na żyły (moje nie są jakieś super mocne). A dziś nastawiłam kolejne ogórki małosolne.

A jak wyszły nam te poprzednie rzeczy? Zakwas się udał! Nawet nie chciało mu się pleśnieć. Ogórki były pyszne, ale nie chrupkie, lecz miękkie. Wie ktoś, jak sprawić, by były, jak należy? Twaróg pyszny, ale suchy (tutaj wiem, co zrobiłam – nie wolno odcedzać ciepłego, a ja to zrobiłam, mój błąd), panir bez zarzutu. Moja marmolada z dzikiej róży przepyszna! Passata pomidorowa też.

Poza tym suszę i mrożę wszystko możliwe.

To jednak nie koniec moich dziwnych pomysłów. Jestem pewna, że coś mi jeszcze przyjdzie do głowy. Jutro zamierzam trochę szyć. Zobaczymy. Może uda nam się wybrać na grzyby?

(Od teściów dostaliśmy też sporo warzyw i z nimi też musieliśmy się w międzyczasie uporać, nasze mieszkanie to od wieeelu tygodni pole bitwy, bo ja albo nie mogłam nic robić, albo uznałam, że zrobię wszystko, na co się tylko gdzieś w Sieci natknę. Siłą powstrzymuję się przed próbami robienia mydła. A jutro planuję na obiad kluski leniwe. Niestety nie z mojego twarogu, bo za suchy.)

Jeśli macie dla mnie rady odnośnie ogórków małosolnych, bądź pomysł na jakiś kolejny eksperyment – piszcie! Jestem gotowa niemal na wszystko!


Podobało się? Podziel się z innymi!
Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmailFacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmail

„Życie Zero Waste” – Katarzyna Wągrowska

Rozpoczynając temat zero waste na blogu, zamierzałam Wam m.in. podać linki do polskich blogów o tej tematyce oraz książki, które zostały tu wydane. Jakoś wtedy mój research wykazał, że takich pozycji na polskim rynku brak. Byłam rozczarowana. Naprawdę. Aż do teraz. W ostatnich tygodniach zostały wydane dwie: przetłumaczona na polski książka Bei Johnson „Pokochaj swój dom” oraz nasza rodzima pozycja czyli „Życie zero waste” Katarzyny Wągrowskiej. Dziś porozmawiamy o tej ostatniej.

Z jakiejś przyczyny jest mi trudno pisać o tej książce. Nie potrafię sobie tego wyjaśnić. Skończyłam ją czytać tego samego dnia, gdy do mnie dotarła i mi się podobała. Szczerze się martwiłam, że nie spełni moich oczekiwań, których i tak zbyt wiele nie miałam (szczególnie interesowały mnie dwa rozdziały i one faktycznie mnie rozczarowały, ale o tym później), ale ostatecznie jest to dość sprawnie napisany kawałek poradnika, który początkującym na pewno pomoże się odnaleźć w tej tematyce. Niemniej tylko początkującym i nie do końca.

Autorka przedstawia nam na początku, dlaczego zero waste jest ważne, jak się rozwinęło i dlaczego. Konsultuje się z ekspertami w niektórych sprawach, przedstawia sporo ciekawostek. Właśnie ten wstep teoretyczny, początek pierwszego rozdziału oraz część o kuchni są świetne. Naprawdę! Szczególnie podoba mi się pomysł na ciasteczka jaglane. Od razu zrobiłam je następnego dnia (lekko modyfikując, bo miałam ochotę na czekoladowe) i się sprawdziły. Były pyszne. Mówiąc krótko: pierwsza połowa książki jest naprawdę warta uwagi. Potem dochodzi łazienka, która dla mnie jest tematem dość problematycznym (nieustanna walka z szamponem i pastą do zębów, ale o tym już wiecie), niemniej jest już trochę mniej dokładnie potraktowana.

Rozdział „Sprzątanie domu” jest dla mnie zagadką. Niby nie mam mu nic do zarzucenia, a jednak coś. Mianowicie chodzi o mycie naczyń. Katarzyna Wągrowska wierzy w zmywarkę. Ja takowej nie posiadam. Czym mam zatem myć naczynia? Obecnie wciąż kupuję płyn, bo nie znalazłam zadowalającego mnie rozwiązania. Zrobiło mi się tu zwyczajnie przykro, bo nie mam zmywarki. To ta jedna drobnostka, z którą się w kategorii sprzątania nie mogę pogodzić.

Ciekawy jest też rozdział o slow fashion i sprzątaniu szafy. Niemniej to tematyka znana już całej blogosferze z książki Joanny Glogazy. Temat ważny, bardzo się cieszę, że o nim wspomniano. Tutaj zwyczajnie nie mam zbyt wiele do napisania, gdyż w ostatnich latach powiedziano o tym dużo. Tak jest i w tej książce.

I teraz dochodzimy do dwóch rozdziałów, na które tak bardzo czekałam, a jednak mnie rozczarowały. Chodzi o dzieci i zwierzęta. W ostatnim czasie interesował mnie temat „Dzieci a zero waste”, choć Wam o tym nie wspomniałam. A jednak tkwiłam w tym temacie parę tygodni, szukałam informacji o pieluchach wielorazowych, mokrych chusteczkach, wkładkach laktacyjnych i wszystkich tych rzeczach, które współczesne społeczeństwo widzi jako jednorazowe, a zero wasterzy jako bzdurę. Właśnie te praktyczne informacje, jak radzić sobie z dzieckiem, które właśnie się pojawiło, a które wymaga przecież tyyyyyyle rzeczy, zaistniały w ilości bardzo znikomej. Temat, który zasługuje na osobną książkę, zajął autorce trzy strony. Zachciało mi się płakać (w porządku, wiedziałam, że tak będzie, bo w jednej z przeczytanych przeze mnie recenzji już o tym wspomniano). Może to ja, bezdzietna wariatka, powinnam napisać taką książkę? Za to informacje na temat prezentów dla dzieci i wychowania w duchu zero waste oraz zakupów z potomstwem są dobre. Mniej więcej tak to sobie wyobrażam.

Moją batalię z kocim zero waste już znacie. Nie wiecie jednak, że ją przegrałam. Miri odmawia używania żwirku ekologicznego i betonit na nowo z nami zamieszkał. Liczyłam na to, że autorka, która sama ma kota, pomoże mi rozwiązać moje problemy. Niestety nie wyszło. Żwirek kupować w papierowym opakowaniu (w życiu nie widziałam w innym, więc to nie problem). Jedzenie na wagę. Zaraz… tu mogłabym się kłócić do białego rana. Kocie jedzenie na wagę jest suche. A kto coś o kotach wie, wie też, że sucha karma kotom nie służy. Nie wspominając już o – zazwyczaj, prawie zawsze – nędznym składzie. Zresztą… cały ten rozdział ma niecałe trzy i pół strony. To mówi samo za siebie.

Znacie mnie, wiecie, że skupiam się zwykle na wadach. Bo nad nimi można popracować. Albo i nie. Jestem krytyczna i to bardzo. Chciałabym jednak jeszcze raz powtórzyć, że to naprawdę bardzo dobra książka dla początkujących. Oczywiście pojawia się mnóstwo nowych pytań, ale może skłoni to innych ludzi do pisania kolejnych książek na ten temat, które się uzupełnią? Ja postuluję o taką odnośnie dzieci! To bardzo ważny temat, co zauważyła sama Katarzyna Wągrowska, przedstawiając statystyki i poziom marnotrawstwa – szczególnie u rodziców niemowląt.

Pamiętajcie, mimo mojego marudzenia, to książka, którą należy przeczytać. I tyle.

A jednak nie. Pomarudzę jeszcze trochę:
– wiem, że źródła są przedstawione pod tekstem, ja bym się ucieszyła, gdyby były jeszcze na końcu książki, bo jestem leniwa i nie chce mi się kartkować całej, gdy chcę zajrzeć do danego artykułu
– polecane lektury i blogi – dałabym się za to pokroić (cóż, sama to nadrobię tu na blogu! I nie mam na myśli krojenia się…)
– brakuje mi informacji, którą dostałam w niemieckiej książce o zero waste (którą swoją drogą uznałam za koszmarną), mianowicie na jakim papierze (czy z recyklingu) oraz jaką farbą (czy nietoksyczną) została wydrukowana książka – w końcu chcemy ratować świat, a już gdzieś w komentarzach w Internecie znalazłam coś w sumie typowego „a ile drzew umarło, żeby ta książka powstała? I to ma być ochrona środowiska?”
– wywiady były tak fajne, że mogłyby być dłuższe
– bardzo bym się ucieszyła (i wierzę, że nie tylko ja), gdyby autorka była miła i podawała konkretne marki produktów, które poleca oraz nazwy marketów, które są zero wasterom przyjazne (taka Biedronka sprzedaje np. bakalie na wagę, czy mnóstwo nieopakowanych owoców i warzyw i wcale mi za tę informację nie płaci) – takie konkrety to jest to, czego mi ogólnie brakuje na blogach zero waste itd.

Poza tym:
– bardzo podoba mi się matowy papier i zapach
– w ogóle to wydanie jest bardzo ładne, to jako pierwsze rzuciło mi się w oczy
– pierwsza połowa książki naprawdę jest świetna
– wspominałam już o ciasteczkach jaglanych?
– podoba mi się marketing, jaki wydawnictwo Znak przeprowadziło – też bym chciała takie woreczki, jakie dostali bloggerzy, którzy otrzymali książkę od wydawnictwa (ach, stare dobre czasy…) – teraz sporo się na ten temat będzie mówić i mam szczerą nadzieję, że coś się zmieni

Szczerze polecam Wam „Życie Zero Waste” – dla przyjemności czytania i z nadzieją, że i Wy zdecydujecie się coś zmienić w Waszym życiu, by ocalić świat. A niedługo napiszę o pozycji Bei Johnson, którą też już mam za sobą.

Merken


Podobało się? Podziel się z innymi!
Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmailFacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmail

Południowy Tyrol

Zdradzę Wam, że ostatnio miałam dość ciężki okres. Kilka tygodni w łóżku, potem tydzień z teściami w Południowym Tyrolu (wciąż chora) i teraz powoli dochodzę do siebie. Dziś nie będę dużo pisać. Pokażę Wam po prostu te parę zdjęć, które udało mi się zrobić w tych niewielu momentach, gdy ruszyłam z nimi na wędrówkę.

Jest tu też trochę zdjęć kotów, które mieszkały u naszych gospodarzy. Jedna sztuka nowoczesna (dzieło wspólne moje i mego Niemca) oraz bardzo ładna zupa ziemniaczana z wędzonym pstrągiem, po której o mało nie umarłam. I góry. Dużo gór. Aha, i to jezioro było na żywo jeszcze bardziej turkusowe.

Miłego oglądania!


Podobało się? Podziel się z innymi!
Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmailFacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmail