Trudności w zero waste

Moje początki z zero waste były pełne motywacji, ale bardzo trudne. To niestety mój chorobliwy i wrodzony perfekcjonizm zawinił. Mam tak: gdy sobie coś wymyślę, robię to całą sobą. Czasem jednak świat staje mi na drodze i nijak się nie da. Zero waste jest tego najlepszym przykładem.

Chciałabym, byście zrozumieli jedno – nawet najmniejszy wkład się liczy. Każde plastikowe opakowanie (czy też inny śmieć, bo nie tylko plastik jest zły i niedobry), którego nie przyjmiemy, sprawia, że świat jest troszkę mniej zaśmiecony (w perspektywie – głosujemy portfelem, zatem jeśli zrezygnujemy z danego produktu, producent uważa, że zainteresowanie spada i… tu jest wiele możliwości, niemniej wiadomość dociera – coś z tym produktem jest nie tak, już nie jest atrakcyjny dla konsumentów). Dla mnie to za mało. Jeśli coś robię, chcę to robić dobrze. Niestety w tym przypadku było ciężko.

Problem nr 1 – wszystko jest zapakowane w plastik

W Polsce ten problem jest na innym poziomie zaawansowania. Spokojnie można pójść do Biedronki i kupić owoce czy warzywa luzem, a nawet bakalie (na końcu poprzedniego posta wspomniałam o woreczkach – odsyłam po raz kolejny). W Niemczech jest trudniej. To, co jest luzem, zazwyczaj jest też droższe (marchewka – kilo zapakowanej 89 centów, kilo luzem 1,49 euro – i tutaj bez rozróżnienia na ekologiczne czy też nie, ta sama jakość). (Za to w Niemczech można kupić jogurt/śmietanę/mleko w szklanych butelkach zwrotnych, czego w normalnych sklepach w Polsce nie widziałam. Żeby nie było, że Niemcy są takie złe…)

Problem nr 2 – Poproszę bez plastiku/opakowania!

Zazwyczaj przy zakupach w Internecie. I tak kończy się na dwóch metrach folii bąbelkowej i na wszelki wypadek jeszcze jakiejś innej reklamówce. Jednak przy zwykłych zakupach, stacjonarnych, jest podobnie.
– Poproszę bez reklamówki, proszę dać mi do ręki.
– Ale ja pani zapakuję!
– Dziękuję, nie potrzebuję, wezmę luzem.
– Ale to nic nie kosztuje!
– Dziękuję, ale ja naprawdę nie chcę reklamówki!

Problem nr 3 – względy higieniczne

Niby wiąże się to z powyższymi problemami, ale z tym sobie nie radzę. Nie mogę kupić sera, bo musi być zapakowany w folię spożywczą. Nawet z własnym pojemnikiem – sprzedawcy zasłaniają się względami higienicznymi (zarówno w Polsce jak i w Niemczech nie jest zabronione pakowanie produktów żywnościowych do własnych opakowań, niemniej wszyscy się tym zasłaniają, co jest jednak całkowitą bzdurą. Teoretycznie można wszystko. Praktycznie to sprzedawca decyduje). Na razie nie udało mi się tego przeskoczyć. Pewnie dlatego że sera mało kupuję (bo mi zwyczajnie szkodzi), a mięsa nie jem (choć tutaj czasem kupowałam dla Miri, teraz jest trudniej, muszę znaleźć jakiegoś sensownego rzeźnika).

Czasem jednak udaje się coś kupić – zazwyczaj na jakiś festynach, gdy sprzedawane są takie produkty w budkach, ostatnio udało mi się przekonać sprzedawców, że da się bez pakowania (nieważne, że dziwnie patrzyli).

Problem nr 4 – wszystko jest z plastiku, wszystko jest śmieciem

Szampon, pudełka na żywność, szczoteczka do zębów, gąbka, ubrania, koce, zabawki, podpaski. I milion innych rzeczy. I tu zaczynają się schody, gdy szuka się alternatywy. Wbrew pozorom nie jest to aż takie trudne, często wymaga jednak przełamania się. Np. ja mam dwie rzeczy, bez których żyć nie mogę. Koce i wkładki higieniczne. Zazwyczaj kupowałam sobie wielkie koce z poliestru (pod którymi się dusiłam, ale uświadomiłam sobie to dopiero, gdy na urodziny dostałam wełniany koc i nagle mogę w nocy oddychać), bo są tanie, duże i (hmmm) ciepłe. Wełniane mają o wiele więcej zalet, ale są drogie jak cholera. I co ja mam teraz zrobić z moim zapasem poliestrowych koców? I za co ja kupię wełniane? A wkładki higieniczne? Bez problemu znalazłam z ekologicznej bawełny i bez plastiku. Ta zmiana mi bardzo podeszła. Są przyjemniejsze dla okolic intymnych (a z normalnych byłam bardzo zadowolona). Pozostaje jednak jeden problem: są jednorazowe i potem się je wyrzuca. Nie można poddać ich recyklingowi ani kompostować. Tutaj istnieje możliwość używania wielorazowych, ale one są dla mnie za grube. Nie mam problemu z wielorazowymi podpaskami (które trzeba myć i prać – wspominałam coś o przełamywaniu się?), inni zachwycają się kubeczkami menstruacyjnymi, niemniej to wciąż jest dalekie od tematu wkładek. Muszę się przez to przegryźć i znaleźć dla siebie optymalne rozwiązanie*.

Problem nr 5 – zero waste z kotem

O tym w Internecie nie pisze nikt. Obecnie jakieś 75% naszych śmieci powoduje kocie jedzenie. Udało mi się znaleźć ekologiczny żwirek, który można kompostować i spuszczać w toalecie (tutaj Miri musiała znieść wyrzeczenia… bardzo lubi betonitowy, ale on ląduje w tych ogólnych śmieciach, poza tym zużywa folię, gdy codziennie sprzątamy kuwetę, co oczywiście nie jest ekologiczne), jednak jedzenie jest największym problemem. Z racji, że udało mi się znaleźć rozwiązanie odwiecznego problemu puszkowego, teraz kupuję tylko takie jedzenie (zdecydowanie bardziej nadaje się do recyklingu niż saszetki), które wciąż powodują mnóstwo śmieci. Mogłabym BARFować, ale wyżej wspomniałam, że kupno nieopakowanego mięsa to wyższa szkoła jazdy, a samo obliczanie składników i wartości do mnie nie przemawia. Najbardziej zero waste byłoby wypuszczanie Miri na polowanie i załatwianie potrzeb w naturze. Chcę mieć jednak kota w całości. Zdrowego. Żywego. Zero waste z kotem jest moim największym wyzwaniem.

Problem nr 6 – zamienniki

Zero waste jest ekologiczne. W związku z tym napotykam też dodatkowe trudności. O ile mydło w płynie jestem w stanie porzucić, z innymi rzeczami jest trudniej. Taki proszek do prania (ja w sumie proszku nie lubię – używam tych środków w płynie) – kasztany są podobno fajne, nie próbowałam (a to, co wypróbowałam, mnie nie zachwyciło). To jako przykład. Ale najgorzej mam w tej chwili z pastą do zębów. Domowa wprawdzie działa, ale nijak nie pozostawia takiego efektu jak zwykła ze sklepu (zrobiliśmy i wypróbowaliśmy dwie wersje, druga jest o wiele lepsza, niemniej wciąż daleko jej do tego, czego oczekuję). Brakuje tej świeżości. No i trzeba się przyzwyczaić. My po kilku tygodniach szukamy w miarę sensownej sklepowej. Oczywiście bezskutecznie. O dezodorancie lepiej nie wspominać… Tutaj już nawet nie próbuję.

Mimo tych problemów zauważyliśmy z moim Niemcem, że śmieci, które produkujemy, znacząco zmalały. Pomagają w tym zamienniki typowych produktów (o tym na pewno jeszcze trochę bardziej pozytywnie napiszę) i mimo początkowego płaczu i zgrzytania zębów, czuję się w tym temacie coraz pewniej. Powoli przestaję wątpić, że kiedykolwiek uda mi się ograniczyć moją szkodliwość dla środowiska.  Najwięcej śmieci to puszki po jedzeniu dla Miri. Tak gwoli ścisłości.

*Ten post został napisany parę tygodni temu. Zaraz po jego stworzeniu postanowiłam się przełamać i spędzić jeden (!) dzień bez wkładek higienicznych. I jakoś tak zostało (ba! nawet nie zauważyłam ich braku, gdzieś w środku dnia się zorientowałam, że czegoś brakuje). Mój komfort życia się nie zmienił i w sumie dobrze mi z tym. Przysięgam, że byłam pewna, że doznam załamania nerwowego. Cóż. Myliłam się. Kolejny dowód na siłę przyzwyczajeń…


Podobało się? Podziel się z innymi!
Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmailFacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmail

Koci ulubieńcy

1

Kocham mojego kota. Zrobiłabym dla Miri wszystko. Może dlatego kosztuje mnie ona tak dużo. Rozpuszczam ją, ale jestem z tego powodu też bardzo zadowolona, bo wiem, że o nią dbam i nie karmię jej śmieciami (czy, jak ja to nazywam, kocim fast foodem, jakim są te najbardziej znane i dostępne marki).

Dziś, we współpracy z Miri, opowiem Wam o tym, co Miri je, jak je, czym się lubi bawić i co ją uszczęśliwia. I zastanawiam się, czy usłyszę od Was to, co słyszę od mojej rodziny, gdy mówię, że kupiłam jej gulasz z renifera, czy coś takiego…

2Jak wszyscy wiedzą, koty jedzą myszy. Koty nie doją krów, nie jedzą owoców, ani nie pieką chleba. Kot idzie, łapie mysz i ją zjada. A na deser jakiś ptaszek czy coś. I tak się właśnie koty powinno żywić. Nie trawią one zbyt dobrze węglowodanów, większość kotów ma nietolerancję laktozy, ale za to bardzo duże zapotrzebowanie na białko.

Gotowe karmy dostępne w marketach zawierają zwykle bardzo mało mięsa, a dużo jakiś dziwnych produktów odzwierzęcych (wierzcie mi, nie chcecie wiedzieć, co się za tym pojęciem kryje i na pewno nie chcecie, by Wasz kot coś takiego jadł) i dodatków węglowodanowych (ryżu, mąk, ziemniaków…) oraz diabli wiedzą czego jeszcze. Dlatego nim Miri do mnie trafiła, zrobiłam research na temat kociego żywienia.

Przeszłam przez różne (myślowe) fazy. M.in. BARF (warto o tym poczytać, mnie wykonanie przerosło). Jednak uznałam, że to nie dla mnie. I zaczęłam szukać dobrej karmy. Szukałam. Różnych próbowałam. Szukałam czegoś w miarę taniego, ale dobrego. I powiem Wam, że ciężko było znaleźć. Ostatecznie zdałam sobie sprawę, że niewiele karm spełnia warunki, które są absolutnie nie do złamania. I dziś powiem Wam, co w moich oczach te wymagania spełnia.

Mokre karmy:

CatzFinefood – w zasadzie wszędzie (gdzie znajdują się osoby, które się na temacie znają) jest chwalona jako najlepsza mokra karma. Ma sporo różnych smaków, dobry skład i smakuje. Znaczy Miri smakuje. Ja nie jadłam. Ja za to stwierdzam, że apetycznie pachnie (mój Niemiec potwierdza). Miri jednak woli…

Feringa – jest odrobinkę tańsza od CatzFinefood i składowo tak samo dobra. Miri ją preferuje. Niemniej ja nie chcę polegać na jednej marce, niech ma trochę odmiany, dlatego kupuję obie.

Animonda Carny – to niezła karma, brakuje jej jednak paru mikroelementów. Kiedyś była też afera odnośnie czystości tej karmy (kilka lat temu). To chyba najtańsza dobra karma, niemniej ma jedną wadę – jest tylko w puszkach. A Miri puszek nie lubi*. Dlatego kupuję te dwie powyższe. Jak będę miała dwa koty, będę kupowała puszkowane, bo teraz problem polega na tym, że Miri całej puszki nie zje, więc ląduje ona w lodówce, a jak podgrzać w puszce, by szkodliwe substancje z puszki nie weszły do jedzenia jeszcze bardziej? No i Carny ma troszkę za dużo podrobów. A ich nadmiar odbija się na kocich nerkach.

Czasem Miri je też Cosmę, ale to raczej na deser. Lubi tylko określone smaki. Ostatnio zasmakowało jej GimCat z tuńczykiem. Też na deser, bo nie jest pełnowartościowa. A gdy zamiast zamawiać na Zooplus.de (jest też polska strona zooplus.pl) idę do zoologicznego, kupuję jej czasem RealNature.

Suche:

Tu nie ma wielkiego wyboru. Jedyna karma, która wydaje mi się być naprawdę sensowna to Applaws. Kiedyś Miri jadła też Feringę, ale ona nie jest zbyt dobra. Przeszłam przez kilka różnych, ale Applaws wygrywa (choć tutaq też słychać głosy, że nie jest zbyt dobrze wyważona, jeśli chodzi o pewne mikro- czy inne makroelementy).

Miri uwielbia suche jedzenie, ale nie jest ono idealne dla kotów. Dlatego dostaje je tylko w małych ilościach jako dodatek (wiem, że wiele osób mówi, że koty najlepiej karmić tylko suchym, ale to sprzeczne z kocią naturą – niekoniecznie też jest zdrowe – bo koty z natury mało piją, większość płynów dostarczają sobie wraz z jedzeniem, co się z suchą karmą kłóci – swoją drogą Miri nie pija z miski, pija ze szklanki, bo z miski nie lubi…).

Smakołyki:

Ostatnio Miri dostaje głównie Cosma Snackies. Czyste suszone mięso bez dodatków. Z tańszych nadające się do jedzenia są kiełbaski Winstona (dostępne w Rossmannie), które kotom też bardzo smakują. Kiedyś Miri jadała smakołyki Sanabelle. Również są niezłe, ale Miri szaleje za Cosmą. Niech więc tak zostanie.

Inne jedzenie:

Miri lubi surowe żółtko jajka (koty nie powinny jeść surowego białka, bo go nie trawią). Zazwyczaj kupuję zerówki. Poza tym bardzo chętnie je surowe mięso (podrobów nie lubi). Głównie kaczkę i inne ptactwo, które nie jest kurczakiem. Indyk też jej smakuje. A dla bażanta wejdzie mi na głowę. Czasem dostaje też dobrą wołowinę, ale tu jestem ostrożniejsza, bo wołowina dostaje o wiele więcej antybiotyków niż drób. Czasem kupuję jej też jakąś dziczyznę, ale to rzadko, bo mrożone mięso się naprawdę źle porcjuję.

Zabawki:

Lubię łączyć fajne z pożytecznym. Dlatego smakołyki i suche jedzenie Miri dostaje w formie zabawy. Na smakołyki mam jajko z Whiskasa z dwoma dziurkami, z których smakołyki przy mocniejszym szturchaniu wypadają. Im większy smakołyk, tym większy problem, by go wydostać i tym bardziej Miri jest zajęta. (Wcześniej mieliśmy jeszcze taką drewnianą płytę z tunelami, które można było zakrywać i odkrywać, przesuwając je, a pod suwakami były smakołyki, jednak okazało się to dla Miri zbyt łatwe, więc bez bólu to oddałam, szczególnie że znalazłam o wiele lepsze rzeczy.)

Suche jedzenie dostaje ona w wieży. Żeby się do niego dostać, musi je zrzucać na niższe piętra, aż wypadnie. Ten wynalazek uważam za genialny! Gdybym wiedziała, jaki jest dobry, już dawno bym jej go kupiła! Zanim dotarł, Miri zjadała suche na raz, a potem marudziła, że jest głodna. Teraz po pierwsze jest zajęta wydostawaniem go, a po drugie nauczyła się zostawiać sobie coś na później. Nie zjada wszystkiego na raz, ale robi sobie czasem kilka godzin przerwy i wraca. (Generalnie polecam zabawki dla kotów firmy Catit, są świetne! Jak się przeprowadzimy kiedyś do większego mieszkania, z całą pewnością dokupię resztę.)

3Jej ulubioną zabawką jest wędka z ptakiem. W ogóle Miri lubi zabawki, którymi nie musi się sama bawić, ale to my ją zabawiamy. A jeśli mają pióra – szaleje. Różdżki z piórami też uwielbia. Za myszami i piłkami niechętnie biega, ale wszelkie rzeczy, którymi my się z nią możemy bawić, są strzałem w dziesiątkę. Jedynym wyjątkiem są kartony. Kartonami może się sama bawić. Choć one i bez wspomnienia trafiają bez pudła (hahaha) w koci gust.

Z kocich ulubieńców to będzie wszystko. Przy okazji większego mieszkania planuję zakup tunelu, reszty zabawek Catit i nowego kota, z którym Miri będzie mogła spędzać dotychczas samotne dni. No, ale w tym roku to się raczej nie zdarzy…

*W międzyczasie znalazłam rozwiązanie puszkowego problemu – po otwarciu puszki porcjuję karmę (dzielę na pięć części) i każda porcja ląduje w osobnym pojemniku. Można podgrzać bez problemów w kąpieli wodnej i nie trzeba się martwić o szkodliwość puszek i ich posmak. Na najprostsze rzeczy jak zwykle najtrudniej wpaść…

4


Podobało się? Podziel się z innymi!
Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmailFacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmail

Zero waste – na początek nowej przygody

zero waste

Gdybym kilka lat temu opublikowała wpis na temat zero waste, który chodził mi po głowie, dziś bym się bardzo wstydziła. Mianowicie dziś jestem całkiem odmiennego zdania niż wtedy, posypuję głowę popiołem i opowiem Wam, o co tak naprawdę chodzi.

Kilka lat temu przeczytałam artykuł o Bei Johnson, autorki bloga Zero Waste Home i najbardziej znanej propagatorki ruchu (czy też może filozofii?) zero waste. W artykule tym Bea prezentowała słoik ze swoimi śmieciami. Z całego roku. Jeden słoik. Moja reakcja na to była taka: „Bzdura, to niemożliwe, ona kłamie” i tak dalej, i tak dalej…

Zero waste to w zasadzie nic nowego. Ludzie żyli w ten sposób tysiąclecia, aż w latach sześćdziesiątych ktoś wynalazł plastikowe reklamówki, które opanowały świat i dziś nie wyobrażamy sobie bez nich życia. A plastik znalazł się nagle wszędzie, bo jest lekki i tani. Tyle że potrzeba setek lat, by się rozłożył. Wiecie, że nawet jemy plastik? To, co ląduje w wodzie, rozdrabnia się na malutkie cząsteczki, ryby to zjadają, a te znowu zjadamy my. W wodzie pitnej też się on znajduje, bo filtry w oczyszczalniach nie mają możliwości wyłapania tych mikrocząsteczek. Ale zero waste nie ogranicza się do plastiku. Tu chodzi o nie marnowanie niczego. Żadnych surowców, zasobów – niczego. Ale o tym dokładniej innym razem.

Niemniej coś się w moim życiu zmieniło. Zaczęło się na Wielkanoc, gdy wraz z moim Niemcem postanowiliśmy ograniczyć śmieci, sortować je (w Niemczech śmieci się sortuje, bo za te ogólne się dużo więcej płaci, ale że my mieszkamy w bloku, to raczej nie robiło nam to różnicy i pakowaliśmy wszystko do jednego kontenera – tego drogiego) i zrobić coś dobrego dla środowiska. Nawet nie jestem w stanie powiedzieć, jak do tego w ogóle doszliśmy. Po prostu się stało. I od tego dnia zaczęłam interesować się życiem bez śmieci.

Nie przesadzę, gdy powiem, że spędziłam kilka tygodni w Internecie, szukając informacji, czytając blogi, a potem szukając alternatyw. Nagle się zorientowałam, że niemal dusimy się w plastiku. Jest wszędzie i nie sposób go uniknąć. Kilka razy zwątpiłam i się popłakałam, bo nie udawało mi się rozwiązać pewnych problemów. Np. kupno sera. Wszystko jest zapakowane w folię spożywczą. Sałata (taka rukola, roszponka czy szpinak) są zapakowane w plastik i naprawdę nie ma jak ich kupić w stanie nieopakowanym. O kociej karmie już nie wspominając.

Gdzieś tam postanowiłam unikać tego, jak tylko mogę. Staram się kupować bez produkcji śmieci, ale mimo to mój kosz jest ciągle pełny. Czasem wydaje mi się, że coś jest bez plastiku, a tu nagle okazuje się, że się myliłam.

To długa droga, mnóstwo prób, ale też nie chcę oszaleć. Jestem na razie daleka od zero waste, ale plastic free – może mi się kiedyś uda. I na pewno będę Wam trochę więcej pisać na ten temat, bo jest on bardzo ważny. Naukowcy stwierdzili, że przy obecnej tendencji do zaśmiecania naszej planety, Ziemia przetrwa jeszcze tylko sto lat. Nas już wtedy nie będzie, ale co z naszymi dziećmi? Chciałabym się też kiedyś doczekać wnuków, jedndak bez świadomości, że im nie będzie dane to samo.

Dziś dam Wam na drogę jeden mały, ale jakże skuteczny sposób, by zrobić coś dobrego dla świata: nie używajcie jednorazowych reklamówek czy toreb na zakupach, ale takich z materiału. A gdy ktoś będzie Wam chciał coś zapakować, powiedzcie „nie”. Na początku jest to trudne, ale potem już idzie z górki. I nagle okazuje się, że w sklepie nie trzeba pakować jabłek i bananów do osobnych reklamówek. Przytulone do siebie w bawełnianej torbie też mają się dobrze.

PS Już wiem, jak wpadłam na to, by zainteresować się zero waste. Moja ulubiona bloggerka – Joulenka – opublikowała wpis na ten temat oraz jeszcze jeden z instrukcją szycia woreczków na żywność. Musicie tam zajrzeć!

Wyżej wspomniałam, że chciałam napisać kiedyś niemiły wpis na temat zero waste. Przypadkiem natknęłam się w Sieci na jeden, który mniej więcej to prezentuje, co ja chciałam wtedy powiedzieć. Polecam Wam lekturę komentarzy.

Ja zaś będę w najbliższym czasie więcej o tym pisać. To ważny temat, proszę Was, byście o tym poczytali. Czy zdecydujecie się, by ostatecznie zrobić coś dla środowiska, to Wasza decyzja, proszę Was jednak o otwarty umysł.

Słyszeliście o tym nurcie? Co o tym sądzicie? Uważacie dbałość o środowisko za fanaberię, czy ma to w Waszym życiu jakieś znaczenie?


Podobało się? Podziel się z innymi!
Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmailFacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmail