Prezenty urodzinowe

IMG_20170520_232614

Dziś będzie krótko. Jestem stara i już prawie po trzydziestce (kolega, który skończył dwadzieścia pięć lat, stwierdził, że on ma już prawie trzydziestkę, to ja na to, że w takim razie ja jestem już prawie po – w razie, gdybyście się dziwili, ale ten wiek i tak nastąpi szybciej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać…), dlatego prezenty stają się praktyczne, choć jeszcze nikt nie wpadł na to, że KitchenAid jest baaardzo praktyczny (cóż, cena trochę mniej). Szkoda. Niemniej jestem moimi prezentami zachwycona. Miri zresztą też, jak widać na załączonych obrazkach.

Na samej górze widzicie cudowny kocyk z wełny dziewiczej. Z kotami. Od jakiegoś czasu staram się ograniczać plastik i takie tam złe i niedobre rzeczy, w związku z tym koniec z kupowaniem poliestrowych koców. No, ale na te koty to ja już od dawna polowałam, tylko szkoda mi było pieniędzy, których nie mam. Wełna jest zdecydowanie droższa niż poliester. Koc jest genialny. Dlaczego wcześniej na to nie wpadłam? Cóż, kolejne będą tylko z wełny. Muszę się zastanowić, co zrobię z moim poliestrowym zapasem… (Jestem uzależniona od koców, naprawdę).

Moja przyjaciółka, droga Gia, absolutnie zaskoczyła mnie tym genialnym kocim ręcznikiem kuchennym. Miri też taki chce, ale nie dostanie. Mój!

A potem dochodzą książki. Bez książek nie ma urodzin. Komiksy Wiedźmina. Wiedźmińską kolekcję wszystkiego uzupełniam na bieżąco. Taka słabość… I tutaj brakowało mi owych komiksów. Teraz je mam. Z czytaniem trochę trudniej, bo nie przepadam za tą formą literatury, no ale posiadać muszę. Taka jestem dziwna.

Potem książka o Freudzie i o manipulacji. Tematy bardzo ciekawe, tę o manipulacji zaczęłam czytać, ale na razie daleko nie zaszłam (ostatnio mało czytam). Tutaj wiele nie powiem. Przynajmniej teraz.

Nowa Jadłonomia. Akurat wczoraj przeczytałam. Myślę, że jest jeszcze lepsza od pierwszej (a ja książki kucharskie kolekcjonuję, nie korzystam z nich – Jadłonomia to jedyny wyjątek), ale okaże się po przetestowaniu przepisów. Dziś testujemy herbacianą zupę pomidorową. A potem makaron z rzodkiewkami.

I kolejna porcja prezentów, które są okupowane przez Miri. Kocie żelki (jadłam kiedyś, są pyszne), Palo Santo czyli drewienko, które cudnie pachnie, koreańska maseczka bąbelkująca do twarzy, kleopatrowa kula do kąpieli z Ministerstwa Dobrego Mydła (pachnie jak kąpiel Kleopatry – mleko i miód – cudo, a kule z MDM są moimi ulubionymi, Lush niech się schowa), korektor Bell (szukam zastępcy dla mojego ukochanego korektora z Sephory, ale obecnie wszystkie inne padają w tej potyczce… Niech wreszcie Sephora pojawi się w Niemczech!) i genialny peeling enzymatyczny.

No to sto lat dla mnie i miłego tygodnia dla Was!

I jak Wam się podobają moje prezenty? Wiem, że zazdrościcie absolutnie wszystkiego.

IMG_20170524_173132 IMG_20170605_122426 IMG_20170605_122519 IMG_20170605_122541 IMG_20170605_122702


Podobało się? Podziel się z innymi!
Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmailFacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmail

Mój najlepszy przyjaciel – mój mąż

przyjaciel

„Zostańmy przyjaciółmi” – jak często kończy się w ten sposób związki? Czy te słowa nie bolą już bardziej niż sam fakt rozstania?

Dzisiejszy post jest odpowiedzią na pewien komentarz pod pewnym postem na pewnym blogu. Gdybym mogła sobie przypomnieć, podlinkowałabym. Jednak nie mogę, więc musicie zdać się na moją dość emocjonalną (jak zwykle zresztą) relację z czytania. W tekście tym chodziło bodajże o temat „zostańmy przyjaciółmi”, a jedna z czytelniczek napisała: „Nie możemy zostać przyjaciółmi, bo nigdy nimi nie byliśmy”, a ja się nad tym poważnie zastanowiłam. W mojej głowie pojawiło się dość ważne w moim mniemaniu pytanie: Skoro nigdy nie byliście przyjaciółmi, to co was łączyło? Dlaczego w ogóle byliście razem?

Wszystkie moje związki romantyczne miały swój początek w przyjaźni. Poznawałam faceta, rozmawialiśmy, rozmawialiśmy jeszcze więcej, spędzaliśmy razem czas i po dłuższym czasie, gdy zaufanie zdążyło się zrodzić, decydowaliśmy się na coś więcej. Związek.

Związek w moim pojęciu to taki byt, który łączy pełne zaufanie z chęcią spędzenia razem całego życia. I nie ma znaczenia, że ta chęć może kiedyś zniknąć. Ona w każdym razie gdzieś tam jest. Nawet niewypowiedziana. Dla mnie jednak najważniejsze jest to zaufanie i możliwość opowiedzenia tej drugiej osobie wszystkiego. I powiem Wam, że te wszystkie związki się u mnie zakończyły, bo w którymś momencie przestało brakować tego elementu przyjaźni. Zabrakło szczerości i chęci porozmawiania o problemach. Rozwiązania ich. Przypomnienia sobie, dlaczego byliśmy dla siebie kiedyś tacy ważni. Może i ciężko pozostać przyjaciółmi, gdy ta przyjaźń zniknęła, ale ona musiała kiedyś istnieć.

Naprawdę nie potrafię sobie wyobrazić związku, który nie bazuje na przyjaźni. Bo na czym? Na cielesności? Przecież to wszystko przemija. Na starość nie pociąga nas już pomarszczone ciało partnera, libido też prawie już nie istnieje. Co zostaje? Chyba tylko przyjaźń. Albo przyzwyczajenie. Niemniej ta ostatnia możliwość wydaje mi się okropnie smutna.

Mój mąż jest moim najlepszym przyjacielem. Widział i przeżył mnie w sytuacjach, o których nikt inny nie ma pojęcia, że w ogóle istnieją. Ja też znam go lepiej niż ktokolwiek. Akceptujemy się w naszych wadach i zaletach. „Na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie” wytrzyma chyba tylko przyjaźń.

Zdradzę Wam, że nasz związek zdecydowanie nie jest bajkowy. Nie mamy dla siebie czasu, rozmawiamy czasem tylko „o pogodzie”, na czułość nie mamy siły… I tak czasem mówimy, że czegoś nam brakuje, tej lekkości, którą mieliśmy na początku, tego szaleństwa i innych rzeczy, które robiliśmy. I wiecie co? Po prostu zaczynamy to wtedy robić*. Te szalone rzeczy. Albo zwyczajne, na które na co dzień nie mamy czasu.

Nie potrafiłabym być w związku z kimś, kto nie jest moim przyjacielem. Nawet jeśli po tym wszystkim przyjaciółmi już nie będziemy, ta przyjaźń była. I o niej pamiętam. Cenię ją. Nawet jeśli minęła i już nigdy nie wróci, a między nią było dużo bólu.

I dziś jesteśmy ze sobą już cztery lata.

*Okłamałam Was. Rzadko się to zdarza, bo brak czasu i sił. Ale gdy mamy czas i siły, to wtedy wychodzimy z domu i staramy się być znowu sobą. Tym, kim byliśmy dawno temu. A bez względu na wszystko kochamy się, choć czasem jest naprawdę ciężko.


Podobało się? Podziel się z innymi!
Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmailFacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmail

Jestem snobką.

jestem snobka

Jestem towarem luksusowym. Tak też, choć w innych słowach, mówiłam moim byłym chłopakom. Na mnie trzeba sobie zwyczajnie móc pozwolić. Tak też zapowiedziałam mojemu Niemcowi, a on nie uwierzył. Dopiero później zdał sobie sprawę, że nie było w tym ani grama przesady.

Swoją drogą snobizm uważam za temat dość szeroki. Niektórzy idą w zupełnie inną stronę i wyznają zasadę żula. Ostatecznie chcą się tym tylko zaprezentować, pokazać, że w swoim stylu życia są lepsi (zakładając, że robią to celowo, a tacy ludzie też istnieją). A ja dziś oficjalnie przyznaję, że jestem snobką. Może trochę na wyrost, może to, o czym mówię, nie jest pozbawione wyjątku, bądź w ogóle nie jest zasadą. Taki mały rachunek sumienia bez wyrzutów.

Jadam trufle* i szynkę parmeńską**.
Pizzę tylko z włoskiej restauracji, żadnej tam pizzerii na rogu.
Kocham makaroniki, ale nie te mrożone z Lidla.
Buty tylko ze skóry.
Ubrania najlepiej z wełny i jedwabiu (choć tu odpuszczam też na rzecz wiskozy i bawełny).
Na tanią czekoladę nawet nie spojrzę, gdy jestem na zakupach. Tylko jakieś Lindty, czy ręcznie robione…
Bio. Kiedy i gdzie się tylko da.
Kota karmię kaczką czy bażantem. Żadnym tam kurczakiem.
Sztuczna biżuteria niech idzie do diabła. Jestem kobietą, chcę srebra, złota i diamentów!
Nie tknę perfum z drogerii, chcę Diptyque i inne takie. Niszowe, czy inne Chanele…
Szminek Chanel też nigdy za wiele.
Generalnie chętnie wydam więcej na lepszą jakość niż grosze na byle co.

Wiecie co? Jestem snobką. Lubię dobre życie, dobrą jakość i świadomość, że nie jestem bylejaka. Że moje życie też takie nie jest.

I mówi to osoba, która wciąż żyje w miniaturowym mieszkaniu, a pieniędzy ledwo starcza na to życie. A i tak na nim nie oszczędzam (wystarczy zobaczyć, ile wydaję na kocie jedzenie…). Wolę mniej, ale lepiej. Ale minimalistką nie jestem. Tylko zwyczajną snobką.

(Swoją drogą myślę, że nie jedzenie mięsa też jest snobistyczne, kolejny punkt do mojej listy.)

*Z nimi mam ten problem, że są ciężko dostępne, drogie jak cholera i często i tak nie takie, jak należy.

**Mój wegetarianizm nie ma się w ostatnim czasie najlepiej, niemniej jednak po krótkim czasie, gdy mogłam jeść mięso bez przeszkód, znowu zaczynam chorować po jego najmniejszej ilości. Najwidoczniej nie jest mi to pisane…


Podobało się? Podziel się z innymi!
Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmailFacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedintumblrmail